Jest listopad i jest dramat. Wracam z pracy około 16.30, z rozbiegu robię obiad, potem animuję trzylatkę (w domu, bo na dworze smog i ciemno). O 19 kąpiel, kładę młodą spać, o 20.30 wychodzę z jej pokoju i już nic mi się nie chce, nie mam siły. Ogarniam chatę z zabawek, odcinek serialu obejrzę i muszę iść spać, żeby dać radę przeżyć kolejny dzień.
Od ponad roku nie przeczytałam żadnej książki. Na haku zawiesiłam szkolenie zawodowe, które trwa 30 dni i wymaga ode mnie pracy po 3 godziny dziennie. No ni diabła, nie dam rady wieczorem się uczyć, bo ledwie rozumiem informacje w telewizji. Gdy nadchodzi dzień wolny, taki w którym dziecko jest z tatą, to ledwie wyczołguję się z łóżka, na nic nie mam siły, ani ochoty.
A jeszcze we wrześniu było tak pięknie i każdą wolną chwilę spędzałam aktywnie, czyli rower, spacer, kajak czy cokolwiek.
Czy to już się kwalifikuje do tego, by mi psychiatra jakieś leki dał? Czegoś mi brakuje? Spać muszę dłużej niż latem. Latem wystarcza mi do szczęścia 6 godzin, teraz muszę 8, bo nie działam. Niewyspana strasznie się irytuję. Jest na to jakaś rada, czy po prostu wyłazi ze mnie leniwa buła, której się zupełnie nic nie chce?