tatarenka
27.11.19, 11:52
Pracę magisterską broniłam za czasów, gdy Internet był luksusem i nie dane mi było korzystać z tego "wynalazku" .
Pracuję jako tłumacz i w ostatnim miesiącu otrzymałam (przez biura) dwie prace magisterskie. Jedną do korekty, drugą do przetłumaczenia.
I nie "czepiam się". Ale włoooos mi się jeży na głowie.
Już sam fakt, że student zleca w biurze wykonanie pracy, którą sam powinien napisać/doszlifować. No ok. Takie czasy.
Studentka piątego roku filologi Uniwersytetu Warszawskiego nie potrafi prawidłowo przetłumaczyć nazwy własnego uniwersytetu. Błędów w pracy tyle, że zaczęłam zastanawiać się nad celem studiów filologicznych. Nawet "wrzucając" fragmenty tekstu do Googla mogła wyłapać choć sto z tysiąca błędów ortograficznych. Składnia leży, neologizmy, zdania niezrozumiałe chyba nawet i dla samej autorki.
Dzisiaj otrzymuję kolejną pracę magisterską, z literatury. W języku polskim, do przetłumaczenia na obcy. To nie streszczenie, bo tekstu jest bardzo dużo.
Pomijam fakt, że wykonam pracę którą powinna wykonać studentka. Ok. Takie czasy.
Ale ta treść... Będąc w liceum kupowałam w kiosku Ruchu streszczenia lektur. No i ta praca magisterska to właśnie takie jedno wielkie streszczenie. Od początku do końca autorka pracy opowiada losy bohaterów trzech książek. Bez jakiejkolwiek refleksji. Streszcza. I tyle.
I nie oceniam tych studentów. Zastanawiam się tylko nad sensem pisania prac magisterskich/licencjackich, nad sensem marnowania czasu ...