swarliwa
17.01.20, 12:26
O takiej sytuacji dowiedziałam się niedawno od bardzo zaufanej osoby. Koleżanka (36) ma ojca (68). Jej matka zmarła ponad 20 lat temu. Gdy córka osiągnęła pełnoletność. Ojciec rozliczył się z córką z należnej jej części spadku, który pozostawiła jego żona, czyli jej matka. Co więcej, dołożył od siebie, żeby córka miała lepszy start. Dużo tego nie było, bo rodzice z tych niezamożnych, ok. 65 tys., chociaż w tamtych czasach to znaczyło trochę więcej niż obecnie. Te pieniądze posłużyły jej na wkład własny do dwupokojowego mieszkania, które w zeszłym roku ostatecznie spłaciła. Mieszka z kolei ze swoją córką (5 lat) , którą samotnie wychowuje, ojciec dziecka alkoholik, alimenty nieściągalne. Generalnie, ojciec tej koleżanki wspierał ją bardzo, no i oczywiście wychowywał, gdy straciła matkę, później jej pomagał do momentu, gdy stanęła na nogi (skończyła studia, znalazła stałą pracę), czyli ok. 25 roku życia. Taki jest kontekst. W tym czasie jednak, po śmierci żony, ojciec założył i zaczął intensywnie rozwijać swój biznes, przewóz towarów. Wbił się w dobry moment i sporo na tym zarobił. W efekcie kilkanaście lat temu kupił ziemię, wybudował nowy dom, przyoszczędził. Jak wspomniałam wspierał córkę i pomagał, ale gdy ta się zaczęła spotykać z biologicznym ojcem swojego przyszłego dziecka, on nie go zaakceptował, od początku mu się nie podobał i mocno ochłodził relacje. Wyszło, że w sumie miał dobre przeczucia co do niego. W każdym razie, w zeszłym roku przeszedł na emeryturę i... zdecydował, że się przenosi na stałe w "ciepłe kraje", prawdopodobnie do Tajlandii - dokładnie nie powiedział dokąd, chociaż koleżanka jest pewna, że ma swój plan. Jako że to człowiek czynu, a nie gawędziarz, znalazł szybko kupca zarówno na firmę, jak i działkę z domem. Firmę już sprzedał, finalizacja transakcji nieruchomości w lutym 2020. Co w tym poruszającego? Podczas rozmowy telefonicznej przez telefon z córką (nie widzieli się przez rok) powiedział jej, że zamierza pożyć jak król i niech nie liczy, że cokolwiek dostanie po jego śmierci, bo ma zamiar wszystko wydać na siebie, skoro go nie słuchała i urodziła dziecko przypałowi. Jak się domyślacie awantura, rozłączenie się, od tej pory zero jakiegokolwiek kontaktu. I koleżanka jest ciężko rozgoryczona, bo chociaż sobie radzi, to bez szaleństw (zarabia niewiele ponad 3500 tys.), ma własne mieszkanie, nie ma kredytów, oczywiście ma dodatki na dziecko, ale naturalnie nie przelewa jej się. Liczyła jednak na wsparcie bogatego ojca. Z tego, co mówi, on ma mocny charakter i co zapowiada, to realizuje. Owszem pomagał jej, ale na swoich warunkach, a tym bardziej po sytuacji, gdy ojciec biologiczny jej dziecka okazał się kim się okazał. Jak oceniacie ten konflikt rodzinny i zachowanie poszczególnych osób tego układu? Oczywiście piszę o koleżance i jej ojcu, sprawę biologicznego ojca jej dziecka oraz samego dziecka (które w żaden sposób w tym nie uczestniczy) pomijam.