sabrosso
05.07.20, 15:31
I czuję się średnio. Spotykaliśmy się od paru miesięcy, skończyło się tak, że powiedziałam, to co miałam do powiedzenia i potem wyjdź. I wyszedł, tak po prostu wyszedł. Aż płaczę, jak to piszę, ale tak - wyszedł.
Przygotowywałam się do tego spotkania, wiedziałam, co chciałam powiedzieć. Nie, nie chodziło o pierdoły, chodziło o to, że nie pomógł. W ważnej życiowej sytuacji, i to drugi raz (pierwszy raz zapomniałam, wybaczyłam). Napisałam o godzinie 10 z minutami, żeby przyjechał. Jeśli ja o coś proszę, to sprawa jest typu szpital-policja=zagrożenie życia. Nie spał, bo całuski wymienialiśmy od rana. O 12 napisał (kiedy zapytałam, gdzie jest), że właśnie zmienia ciuchy, nie jest lekarzem, po prostu kolejny raz się przebierał.
Dramat. Dramatem z mojej strony jest oczekiwanie od kogoś określonych zachowań. Ale dramatem też jest, kiedy ktoś kiedy ja potrzebuję pomocy, nie reaguje i jeszcze się przebiera. Nigdy tej pomocy wcześniej nie potrzebowałam, nigdy o nią wcześniej nie prosiłam, ale po 6 miesiącach pomyślałam, że mogę. Źle zrobiłam, trzeba było brać, co dają.
A co dawali?
Urodę. Dobry seks. Brak zobowiązań.
Za wszystko przyjdzie kiedyś zapłacić. Płacę.
Wczoraj się mnie zapytał, czy wynająć inne mieszkanie. Przytaknęłam, dzielnica dobra, pomyślałam, że fajnie będzie, bo ciągle u mnie i u mnie. Zonk, mieszkanie dla niego i dla jego ojca, mnie tam nawet w planach nie było. Jeść i pieprzyć się można u mnie, i to za zupełną darmochę, no nie?
Aż żal mi siebie, kiedy to analizuję. A z drugiej strony sobie gratuluję, że mogłam się przecież obudzić dużo później.
Wyżaliłam się, dziękuję.