niemodnazona
13.05.21, 17:18
Czytam forum, nie udzielam się, a teraz potrzebuję spojrzenia z boku na moją sytuację. Wiekowi rodzice męża zmarli na początku roku w odstępie zaledwie 3 tygodni. Zajmowali połowę dwurodzinnego domu. Właścicielami drugiej połowy jest dalsza rodzina. Szybkie postępowanie spadkowe, po którym rodzina zaproponowała mężowi i jego siostrze (jedynym spadkobiercom) odkupienie części domu. Cena była uczciwa, rynkowa, oboje się zgodzili. W sumie wyszły nieco ponad 200 tys. zł, po trochę ponad 100 tys. dla każdego z rodzeństwa. No i tu by się sprawa zakończyła. Mąż nadpłacił nasz wspólny kredyt mieszkaniowy ze swojej części, jego siostra kupiła sobie nowe auto. Jakoś miesiąc później podczas rozmowy z mężem wyszło, że to nie był cały majątek jego rodziców. Rodzice posiadali jeszcze 2-pokojowe mieszkanie w centrum Warszawy, które całe lata wynajmowali. Na trzy lata przed śmiercią zdecydowali się zrobić z niego darowiznę na rzecz siostry męża. Dlaczego? Bo ona z nimi mieszkała i opiekowała się prawie 10 lat, gdy już mocno zniedołężniali. Mąż pomagał logistycznie (finansowo nie było potrzeby, teściowie mieli wysokie emerytury) jak mógł, no ale wiadomo, że ma swoją rodzinę, a siostra była (i nadal jest) samotna. I oczywiście mąż wiedział o tej darowiźnie, popierał ją uważając, że siostrze się jak najbardziej należy i sam pomógł jeszcze znaleźć notariusza. Tak to wygląda. Mam pretensje do męża o dwie sprawy. Po pierwsze, że te parę lat temu nic mi nie powiedział o tej darowiźnie. On twierdzi, że to nie moja sprawa, tylko jego wewnątrzrodzinna. Po drugie, cóż... nie chcę wyjść na pazerną, ale to mieszkanie, które dostała siostra jest warte lekką ręką ponad 700 tys. zł a mąż nic z niego nie dostał. W jakiś sposób czuję, że postąpił źle, nawet nie tyle względem mnie, ale względem dwójki naszych dzieci. My kończymy (za 2 lata) spłacać nasze 3-pokojowe mieszkanie i w sumie jesteśmy w gorszej sytuacji finansowej niż jego siostra. Proszę napiszcie czy ja się głupio czepiam czy jakoś mam rację?