lemonka5
14.08.21, 07:44
Przybłąkał się do nas taki oto kotek, nie wiadomo
( na początku) skąd. Po prostu pojawił się wieczorem i oznajmił, że zostaje. No przecież nie wyrzucę. Został na noc, ku oburzeniu i wielkiej obrazie naszej kocicy, zjadł, wyspał się, pobawił. Rano mieliśmy zacząć szukać właściciela, ale nie zdążyłam, bo sąsiadka z domu obok, na widok kotka na parapecie, oburzona prawie jak moja kocica, poinformowała mnie, że to Beza sąsiadów dwa domy dalej i to jest kradzież kota, bo oni wyjechali na wakacje, nowo nabytego kociaka zostawili na zewnątrz domu (lato przecież), a w/w sąsiadka miała go wieczorem karmić i wczoraj go nie mogła znaleźć, co ją bardzo zdenerwowało i w ogóle to proszę oddać kota.
To wzięłam Bezę pod pachę, wręczyłam tymczasowej opiekunce wypowiedziałam się na temat domniemanej kradzieży i myślałam, że sprawa się zakończyła. Ale nie.
Otóż właściciele Bezy wracają za trzy tygodnie ( na tyle czasu zostawili małego kota, którego mieli od dwóch tygodni, w ogrodzie z zapewnionym kateringiem raz dziennie, jak dla mnie szok) a Beza przychodzi bez przerwy do nas. Nie do tej sąsiadki od karmienia, chociaż ma ja po drodze, tylko do nas. Zastaję kociaka w różnych miejscach w domu, bo są otwarte okna, drzwi na taras i nie mogę cały dzień pilnować, czy aby dziś znów nie ukradłam kota. Mam nie dać jeść kotu, który miauczy nad miską mojej kocicy? Jak mam wytłumaczyć Bezie, że to co ona uważa za mizianki na moich kolanach w rzeczywistości jest nieprawnym przejęciem własności kota?