Jadę, albo nie jadę. Nie wiem. 2 lata temu moja lekarka namówiła mnie na wniosek do sanatorium, sama z tym wyszła, może miała mnie już dość w gabinecie i chciała się mnie pozbyć

Ja już o tym zapomniałam, a tu przychodzi powiadomienie z terminem na listopad, wyjazd nad morze na 3 tygodnie. Myślę, myślę i sama nie wiem, zabiegi by się przydały, kręgosłup mnie napierdziela dosyć często, a z drugiej strony to aż 3 tygodnie! Co ja tam będę robić sama, samiuteńka? Nigdy nie byłam w sanatorium, kojarzy mi się z mocno starszym towarzystwem emerytów, ja wprawdzie nie młódka ale też nie emerytka.
Jechać? Czy się zanudzę? Teoretycznie mąż ogarnie moje sprawy zawodowe, ogarnie też (mam nadzieję) sprawy domowe. Takie mam wizje, że zaraz po moim wyjeździe pojawi się w domu bałagan, syf, brak dobrego żarełka, ogólny rozpierdziel oraz chaos. Będzie brudno, głodno i nudno. Wtedy może docenią moją niewidzialną rękę

Będą o mnie myśleć i usychać z tęsknoty

Taką mam nadzieję i dlatego skłaniam się żeby jednak jechać. Pobyczę się, pospaceruję.........