pogodzona_1234
10.11.21, 12:47
Pisałam tu jakiś czas temu. Moja mama pod koniec 2020 została zdiagnozowana- rak z przerzutami. Cały rok się leczyła, miała wszystkie możliwe terapie. Niestety rak wyjątkowo złośliwy. Zmarła pod koniec października- byliśmy z nią do samego końca, widziałam śmierć mamy i jej 12 godzinne odchodzenie w wielkim bólu (nikomu nie życzę takiego konca), podawałam jej morfinę, leżałam obok niej w łóżku, trzymałam za rękę, ostatnią dobę czuwaliśmy na zmianę z rodzeństwem. Ogólnie bardzo mocno to wszyscy przeżyliśmy- ten moment jej śmierci, ten jej ból w którym odchodziła, płacz i rozpacz była wielka- wiadomo. Przez około 2-3 dni nie mogłam się pozbierać, płakałam cały czas, leżałam w łóżku, wzięłam urlop w pracy, potem był pogrzeb. Po pogrzebie jakoś się wyciszyłam. Teraz mam taki stan jakby zawieszenia, nie wiem jak to nazwać, jakby do mnie nie dochodziło, jakbym miała zaraz do mamy zadzwonić, pogadać. Nie wiem czy to jakiś mechanizm wyparcia czy co....ale tak to wygląda z boku jakbym nie przeżywała tej śmierci dostatecznie. Moja siostra jest praktycznie codziennie na cmentarzu, widać że dalej ją to gryzie i ma potrzebę mówienia o tym, a ja jakbym nie umiała dopuścić że mamy już nie ma, albo jakbym z uczuć wyprana była. Wiem że emocje mi częściowo tłumią andydepresanty które biorę od kilku miesięcy, ale czy mogą one działać tak że nic się nie czuje? Planowana wizyta u psychiatry dopiero za kilka tygodni.