kub-ma
05.12.21, 22:20
Nasza krajowa, polska.
Jako matematyczka jestem już mocno poirytowana. Całym tym rozsypującym się systemem edukacyjnym w połączeniu z pandemią.
Organizacja mojej szkoły polega teraz na tym, że to nauczyciele chodzą, nie dzieci. W przeładowanych placówkach nie da się pandemicznie rozwiązać tego inaczej. I gdzie te dzieci mają mieć doświadczenia z chemii i eksperymenty z fizyki? Wychodząc rano z pokoju nauczycielskiego wracam dopiero po ostatniej lekcji, zatem zabieram cały majdan ze sobą: książki, karty pracy, testy, jedzenie i picie. Teraz usiłuję ciągnąc ze sobą przybory geometryczne. A jak nosić bryły? W mikołajowym worku na plecach? Wchodząc do każdej sali muszę za każdym razem zalogować się do komputera, dziennika elektronicznego, multipodręcznika, chmury. Nie powinnam narzekać: mamy komputery, rzutniki, ksero. I to wszystko najczęściej działa. Ale lekcja zaczyna (przez te formalności i szybkie pakowanie) się kurczyć (jakby 4 godziny matematyki tygodniowo do realizacji obecnej podstawy to było szaleństwo).
Mam 30 godzin dydaktycznych tygodniowo (matematyków na rynku pracy jak na lekarstwo). Moje lekcje są dobre, mam wieloletnie doświadczenie, ale nie są takie jakie chciałabym, żeby były, bo nie mam czasu, żeby je udoskonalić. Irytuje mnie to bardzo. Nie mam wystarczająco czasu, żeby skupić się na konkretnym uczniu. Do tego dochodzi wychowawstwo, któremu trzeba się poświęcić i ciągle mam wyrzuty, że jako wychowawca za mało przeznaczam czasu dla swoich uczniow. Chciałabym mieć czas na przygotowywanie dzieciaków do konkursów, na realizację fajnych projektów (pomysłów mam całą głowę) i nie mam czasu.
I tacy nauczyciele uczą nasze dzieci.Przemęczeni i poirytowani. Ale pan minister nie chce zobaczyć na czym polegają główne problemy edukacji. Zamiast konkretnej i rzeczowej dyskusji, mam przypinanie kolorowych kwiatków na sypiący się budynek.
Jako społeczeństwo łudzimy się, że edukacja jest w lepszej kondycji niż służba zdrowia. Nie jest.
Tak mi się ulało przy niedzieli.