Proszę się nie śmiać, darować sobie epitety i porównania do braci samców, tylko na poważnie mi odpowiedzieć.
Faceci biorą sobie partnerki głównie na podstawie ich fizycznej atrakcyjności i jeśli satysfakcja w alkowie jest duża, to -z punktu widzenia chłopa- przykrywa to niedopasowanie w innych obszarach. Nie zawsze i nie do końca, ale generalnie zasada jest taka - udany związek wymaga dobrego wyra. Natomiast w ogóle bez łóżka , albo z bardzo słabym łóżkiem raczej nic się trwale nie zadzieje (z jakimiś tam specyficznymi wyjątkami oczywiście, vide kolega Tanebo).
Jednak jeśli chodzi o kobiety, no to jest zupełnie odwrotnie - jak mówi znane powiedzenie, żadna nie weźmie sobie faceta dlatego, że miał ładne nogi. Liczy się co innego, a jeśli te inne cechy (zaradność, zasobność, inteligen
cja, opiekuńczość, giermkowanie, ogólne nadawanie się na ojca dzieciom, talenty biznesowe* etc. - *niepotrzebne skreślić) są ok, to większość pań przymknie oko na mniej lub bardziej niesatysfakcjonujące łóżko.
Moje głupie i naiwne pytanie brzmi - a dlaczegóż to dobre wyro stoi u kobiet tak nisko w hierarchii spełnienia tzw. 'warunków', niezbędnych do zawarcia z kimś stałego długoletniego związku? Czyżby oznaczało to -wbrew wielu żeńskim wypowiedziom na tymże forum- że seks jednak nie stanowi istotnej sfery życia dla kobiet, poza aspektem prokreacji? A może założenie jest takie, że satysfakcję łóżkową zawsze można po cichaczu załatwić sobie na boku? Albo najważniejsza jest tłusta grzęda i posiadanie dzieci? Albo w ogóle samo posiadanie chłopa?
Last but not least - poważnie pytam- dlaczego w przypadku kobiet udany seks długoterminowo nie jest w stanie przykryć wad danego faceta? Bo u nas mężczyzn, tak jak napisałem na początku, dobre bzyku-bzyku całkiem nieźle przykrywa wady danej pani - przynajmniej dopóki ma ona jeszcze czym kusić.
No więc?
----------------------------------
Po ponad 20 latach obecności na forum dorobiłem się ciężko zaburzonej psychicznie psychofanki. Masakra.