emkert
28.05.25, 18:48
Nowy nick, bo pod starym pisałam zwykle o błahostkach, nigdy o sprawach prywatnych. Mam córkę 9 lat, w II klasie podstawówki. Ma wiele objawów typowych dla spektrum – wybiórczość pokarmowa (np. biały ser tylko marki Piątnica, makaron tylko marki X), wszystko ją drapie i uwiera. Ma tylko dwa zestawy ubrań (letni i zimowy) i nie chce nosić innych. Bywa agresywna, zwłaszcza wobec młodszej siostry, ale i coraz częściej wobec nas, rodziców. Nie chce myć zębów – mówi, że ją to boli, czesanie włosów też. Jest inteligentna, zabawna, bardzo zdolna plastycznie i sprawna fizycznie, ale nie chce chodzić do szkoły, nie chce pisać i czytać, choć potrafi.
Po kilku wizytach u psychologa szkolnego – jest coś na rzeczy, może opozycyjno-buntownicze, może coś ze spektrum, ale intelektualnie wszystko w normie.
Po dwóch wizytach w poradni szkolno-wychowaczej, rejonowej – pani psycholog nie widziała takiego dziecka i uważa, że rodzice powinni zacząć wymagać.
Po pierwszej wizycie u psychiatry dziecięcego – lekarz twierdzi, że rodzice mają wymysły, podążają za dzieckiem („rodzicielstwo bliskości”), a to tu trzeba kazać, a nie słuchać. Zobaczymy po drugiej wizycie, już z dzieckiem.
Po znajomości szykuje nam się wizyta u specjalisty od dzieci nieneurotypowych, ale boję się, że tylko ja chcę tam iść. Dla męża to nawet lepiej – może poczuć się sprawczy, bo „to tylko niegrzeczność, a nie autyzm”, jak mówi i jeszcze większym wymaganiem coś można zmienić. Przy czym maż sam ma cechy aspergerowe (podobnie jak jego mama i dziadek). A ja wiem, czuję całym sobą, że to coś innego. Dwójka starszych dzieci i najmłodsza, mimo fochów i złości, robią, co muszą: chodzą do szkoły, przedszkola, witają się z babcią, myją zęby. A wymagamy od całej trójki tak samo.
Pocieszcie, że nie jestem wariatką.