mama_radka
04.04.05, 11:35
Przepraszam, ze osobny post, ale chciałabym moje przemyślenia zawrzeć w
jednym poście, a tak musiałabym dopisywać się do różnych wątków.
O poważnym stanie Papieża dowiedziałam się rano w piątek, i wiadomość mnie
ogłuszyła. Od tej pory miałam cały czas włączony telewizor, aby dowiedzieć
się czegoś nowego. Tak telewizor służył mi w tych chwilach do informacji o
tym co dzieje się w Watykanie. Zresztą sam Jan Paweł II używał media do
swoich celów. Co nie oznacza, że nie wyszłam z synkiem na spacer. Byliśmy na
długim spacerze i na tym spacerze właśnie się modliłam i myślałam o Papieżu,
a nie w Kościele. Do Kościoła poszłam w niedzielę.
Kiedy Papież umierał, właśnie usypiałam synka... Gdy dowiedziałam się co się
stało ogarnęło mnie uczucie jakiegoś wewnętrznego spokoju, bo przez piątek i
sobotę nie mogłam sobie znaleźć miejsca, nie mogłam nic robić. A gdy Papież
znalazł się u boku Boga, wiedziałam, że już nie cierpi, ze jest szczęśliwy,
że jest tam dokąd dążył przez całe życie.
Kiedy ludzie modlili się, o zdrowie Papieża, o jeszcze kilka dni, aby z nami
pozostał, ja modliłam się, aby jak najmniej cierpiał, żeby jak najszybciej
dołączył do Boga. Bo już od samego początku, tzn., gdy usłyszałam smutną
wiadomość – wiedziałam, że tym razem Papież nie wywinie się z rąk śmierci. I
pragnęłam tylko, aby odszedł godnie i jak najmniej cierpiał, kiedy usłyszałam
wiadomość o śmierci przyjęłam to z ulgą. Co oczywiście, nie oznacza, ze nie
jest mi smutno, bo jest, łzy też pojawiły się w oczach. Ale, jako, że jestem
osobą wierzącą, wiem, ze Papież jest szczęśliwy, ze żyje, tylko inaczej,
lepiej. Że ma po prostu lepiej teraz. I nie czuję się sierotą, nie - bo wiem,
ze Jan Paweł II patrzy na nas, jest z nami, a nawet wierzę w to, ze stawia
się za nami u Boga. Ze mamy takiego ambasadora w niebie.
Sam Papież mówił – „Nie lękajcie się” – więc się nie lękam, nie boję, wiem,
ze będzie wszystko dobrze. Tylko ludzie muszą być do siebie przyjaźnie
nastawieni, to połowa sukcesu.
Papież umarł, ale życie toczy się dalej. Trzeba jeść, pić, żyć, uśmiechać
się. Wczoraj Radek coś zabawnego wymyślił i co miałam mu zabronić, i mimo
wszystko śmiałam się z tego głośnym śmiechem. A może dlatego, ze mam pokój w
sercu.
Nikt nie przewidział, ze Papież umrze i nikt nie robił zapasów żywności czy
pieluszek, i co mamy głodować, synek ma robić na podłogę, to nie tędy droga,
dziś jadę do hipermarketu, bo tam jest troszkę taniej, a nie śpię na
pieniądzach, więc wolę raz na jakiś czas pojechać kupić co nie co i mieć na
jakiś czas, ale czy to moja wina, ze akurat pokończyły mi się zapasy art.
spożywczych i higienicznych. Przecież nawet jak umiera ktoś z rodziny to też
idzie się do sklepu i kupuje co jest niezbędne.
Telewizja, co do bajki, dla dzieci, mogły by być - mój synek ma 19 miesięcy
ogląda np. Domisie, bardzo je lubi, a ja w tym czasie np. idę wziąc prysznic.
To chyba nic złego. A takie dziecko nie zrozumie co się stało, jest za małe.
Papież nie chciał, abyśmy się smucili po Jego śmierci, nawet pogoda jest taka
radosna, ciepło, słońce świeci – coś w tym musi być...
A żałobę mam w sercu, chociaż czuję też radość i dumę, ze Papież połączył się
z Zmartwychwstałym Jezusem.
A tak jeszcze dodam, Papież to tylko człowiek, a każdy człowiek kiedyś
odchodzi, kiedyś umiera, i na Papieża przyszedł czas. I tylko dziękować Bogu,
ze pozwolił Papieżowi zrobić tyle dobra, być z nami prawie 27 lat. To i tak
długo – przecież tyle wycierpiał i ten cały zamach, miał raka i inne choroby.
Jeszcze sto pięćdziesiąt myśli chodzi mi po głowie, ale i tak długi post
wyszedł
Pozdrawiam serdecznie
Iza