Jest mi bardzo źle. W końcu zaczelo wszystko sie powoli ukladac: maly konczy
rok, ja chyba znalazlam pracę od lipca (tak na 95%), mialam sie rozgladac za
kredytem na TBS... I caly swiat nagle sie zawalil - mój mąż ma nowotwór
zlosliwy

((
Wycieli mu guza, zbadali. Wszyscy mysleli ze to nic powaznego, ale jednak
nowotwór. Za tydzien idzie na pierwszą chemię do szpitala. Nie wiem jak to
zniesie. Lekarze mówią ze rokowania są dobre, jeden rzucil nawet procentami -
ze na 95% wszystko bedzie ok. Tylko jakos kiedy chodzi o nasze zycie to
statystyka traci sens

Boję się o niego tak bardzo. Bylo jak bylo, różnie się wszystko ukladalo, ale
nigdy nie mialam kogoś tak bliskiego, cieplego i kochanego. Boję się jego
bólu, bezsilności. tego ze mnie bedzie odpychal, bo zawsze chce sobie radzic
sam. Wszyscy nasi bliscy są tak daleko. Dzwonią, martwią się, ale są daleko...
Jesteśmy dopiero 1,5 roku po slubie, planowalismy dzieci. lekarka nas
usadzila, po chemii moze się to juz nie udac.
Dobrze ze mamy synka. Byl "wpadkowy", nie mial się zjawić tak wcześnie, ale
jak widac - nic nigdy się nie dzieje bez przyczyny.
Wiem ze maz bedzie walczyl, ma dla kogo zyc i ma duze szanse. Poki co nie
wiemy nawet czy są przerzuty, dopiero w szpitalu zrobią badania. Nie wiem za
co się brać. Co robic z tą pracą? Mialam w dodatku bronic magisterkę 27-ego
czerwca - musialabym siedziec i ryć, a tymczasem pewnie nie wyjde ze szpitala
24 godziny na dobę.
Jest mi źle. Powiedzcie tylko, że ze mną jesteście...