Witam, temat, który tu chcę poruszyć jest z rzędu tych zdrowotnych ale
zdecydowanie zahacza o tzw. morale i dlatego poruszam go tutaj. Jakiś czas
temu żaliłam się tu na męża, któren jest pedant i wymaga porządku w
szufladzie. Skarżyłam się, bo byłam w dołku i zwyczajnie potrzebowałam
przyznania mi racji. Dostałam to, czego chciałam i bardzo się z tego cieszę i
dziękuję Wam za to

Ale normalnie męża kocham jak diabli, nie zamieniłabym
go na żadnego innego, nawet z tą przypadłością porządkową jest dla mnie
najlepszy. To, tytułem wstępu.
A teraz do rzeczy: dwa tygodnie temu wróciliśmy z wakacji nad morzem. Dziś mąż
poszedł do lekarza, bo zauważył "obtarcie" w wiadomym miejscu. Panie lekarki
się zleciały i rzekły - w zasadzie nie wiadomo, ale to na pewno jakaś tam
odmiana wirusa (bo najbardziej im to "coś" przypominało) i od razu, że jest
przenoszony drogą płciową. Mój mąż na to, że to należy w zasadzie od razu
wykluczyć i żeby szukały dalej. One na to, że nic innego nie wymyślą i do
widzenia za tydzień.
Jak to usłyszałam, to trochę się wkurzyłam na pochopność wniosków wyciąganych
przez lekarki (były dwie, bo jedna nie wiedziała co poradzić i posłała po
drugą) i postanowiłam sama pójść ze sobą dość jasno rozumując, że jak coś ma
mąż, to i ja powinnam być w to zaopatrzona (mimo braku jakichkolwiek objawów).
Poszłam i od razu lekarz dopatrzył się (ja z lusterkiem powiększającym niczego
nie zauważyłam ale przyjęłam, że nie mam wprawy). Od razu (mimo wyraźnych
wskazań, jak sam przyznał) stwierdził, że to, co posiadam jest przenoszone
drogą płciową.
Szkopuł w tym, że oboje jesteśmy czyści, jak łzy! A w kosmitów kopulujących ze
mną czy mężem w czasie snu nie uwierzę. A raczej prędzej w to, niż w mężowską
zdradę. I jak to powiedziałam lekarzowi, to ten się obruszył najpierw, że
powątpiewam w jego diagnozę, a potem wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że
mężczyźni tak potrafią, ale że nie takie rzeczy przechodzi się w małżeństwie.
Zaprosił mnie za tydzień i kazał się do tej pory w ogóle niczym nie
przejmować! Ha, ha, ha! Na moje pytanie, czy to można złapać tylko przez
cudze, hm.. łóżko, odpowiedział, że tak i że wyjątki są takie, że w zasadzie
nie można o nich wspominać. Chodziło o opryszczkę i kłykcinę (najbardziej
ponoć odpowiadające stanowi rzeczy, a nie do zdiagnozowania na tym etapie).
Oczywiście po przyjściu do domu przekopałam internet w poszukiwaniu informacji
i zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego lekarza z prośbą o wyjaśnienia trudnej
terminologii. Usłyszałam, że nasz problem nie musi zaraz oznaczać zdrady
małżeńskiej, wręcz przeciwnie - najczęstsze zarażenia wirusem jednym lub
drugim są poprzez, jakby tu powiedzieć - nieuwagę, ale na pewno nie można tego
definiować tak, jak to powiedzieli nam dziś lekarze. I to tak dobitnie.
Finał mojej wizyty w gabinecie był taki, że po wyjściu z niego nie mogłam się
opanować i myśleć rozsądnie, tylko wyłam przez godzinę, bo lekarz mi przecież
powiedział jednoznacznie, że mąż mnie zdradził. Mąż też prawie rozpadł się na
kawałki po wyjściu od swojego lekarza, bo co mógł pomyśleć?
Powiedzcie, jak można tak sobie rzucać diagnozą (przypomnę, że żaden z nich
nie stwierdził jednoznacznie wirusa (wg. nas to bardziej jest otarciem niż
cokolwiek innym). Lekarz oczywiście może założyć, że zdradzaliśmy siebie na
wyścigi i bez opamiętania, ale dlaczego to jest pierwsze, co się od niego
słyszy? Rzuca coś takiego o czeka na reakcję, i co, jednocześnie ma ubaw
widząc jak się człowiek miota?
No cóż..., sobie oczywiście życzę, żeby to już z tego wszystkiego to byli ci
kosmici...
Ciekawa jestem, czy tylko nam tak nagadano...
pozdrawiam
e.