obeszlam z hukiem w piatek. z tej okazji maz zafundowal mi dredy (taka nieprzyzwoita, koltuniarska fryzura jakby ktos nie wiedzial), duzo szampana, tort bezowy i urocza koszulke ze szczurkiem (tak go nazywam) i swinka (on tak nazywa mnie) a ja znowu zaczelam jezdzic stopem. do sopotu w piatek do dziecka i meza i dzisiaj spowrotem. usmialam sie w tirach co niemiara, odzyskalam wiare w przecietnego polaka i szczerze mowiac czuje, ze zyje pomimo zgorszonych spojrzen "normalnych ludzi" na mamuske z dredami ("biedne dziecko z taka matka, napewno je glodzi" - pewnie sobie mysla). zycie jest piekne i nie ma w nim sladu 30-letniej depresji. hura! ....... jojo ..................