Jakies półtorej godziny temu wyszłam z firmy na kilka chwil.
Zahaczyłam o aptekę, a zaraz potem weszłam do sklepu monopolowego po
sok dla dziewczynek, które koczują dziś ze mną w pracy.
Akurat napatoczyłam się na moment, w którym pijany facet próbował
dostać się do sprzedawczyni w celu "zachęcenia" jej do sprzedaży mu
bełta, jako, że kobitka odmawiała i machała mu przed nosem kartką,
na której stoi "nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy". Pan się
najwidoczniej mocno nie zgadzał ze słowem pisanym, bo piany dostał
na pysku i próbował ladą wmontować panią w regały.
Kobitka niestrachliwa, więc mu okoniem stawała i wrzeszczała, że jak
się nie wyniesie to wezwie policję.
Na to ja usłużnie, że wzywać nie musi, bo radiowóz akurat stoi tuż
obok. Babeczka na tę informację furgnęła ladą, wyleciała przed
sklep, mnie z miłym panem w środku zostawiając
Pan co prawda na mundurowych czekać nie chciał i się wężykiem ze
sklepu próbował ewakuować, ale nie zdążył i go drapneli.
Ja spokojnie dokończyłam zakupy, nawet mi pan policjant użyczył
własnego otwieracza do kapsla od coli i przy okazji zapewnił, że
się "delikwentem odpowiednio zajmą".
Pomyslałam, że własciwie to jeszcze mogłabym dziewczynkom kupić coś
na ząb i poszłam po frytki. Jakiez było moje zdziwienie, gdy
wracając zobaczyłam, że "znajomy" żulik ładuje się spowrotem do
monopolowego a radiowóz beztrosko odjechał.
Wpasowałam się zaraz za żulkiem, bo jakies przeczucie miałam, że
podziękowac ekspedientce to on raczej nie poszedł. A jakże! Jak tam
weszłam już miał łapy ku niej wyciągnięte i obiecywał "zajebie Cie
ku..".
Obie wrzasnęłyśmy na niego, że ma natychmiast wyjść, ale nie
skończył zdania i nie zamierzał przerywac w pół słowa.
Wyobraźcie sobie, że policja mu jedynie MANDAT wypisała, którym nam
zresztą machnął przed nosem, po czym go zgniótł.
Co było robić ... powiedziałam, że ma pecha, bo tak się składa, że
jestem policjantką i jeśli natychmiast nie wyjdzie to zaraz cofnę
ten radiowóz i koledzy go zabiorą. Wtedy on wyciągnął swoją komórkę
i stwierdził, że w takim razie on dzwoni po swoich kolegów.
Nie powiem, na tę wiadomość gorąco mi się zrobiło, bo jakoś byłam
dziwnie pewna, że jego koledzy będą w tym sklepie szybciej
niż "moi"
Ale zagrałam va bank, wyciągnęłam swoją komórkę i wystukałam 112.
Chwilę to trwało zanim się połączyłam. W między czasie cały czas
kazałyśmy mu się wynosić.
Wycofał się ze sklepu na tyle, że mogłam zatrzasnąc za nim drzwi,
ale jemu się to nie spodobało. Zaczął napierać i walić pięścią w
szybę. Cholernie się bałam, że zdoła mnie odepchnąć i wrzasnełam do
ekspedientki, by zamknęła sklep. Udało jej się dobiec i zakluczyć
zanim on pchnął porządniej.
Żulik postał jeszcze chwilę waląc pięścią w szybę, a ja w tym
momencie uzyskałam połączenie i zgłosiłam napaść.
Ponieważ musiałam wracac do dziewczynek to nie czekałam na przyjazd
radiowozu. Powiedziałam tylko kobitce, że jakby co, to jestem w
firmie i może mnie podac na świadka.
Patrzyłam potem przez szybę, czy przyjechali ... i owszem - na
minutę. Jeden wysiadł z samochodu, wszedł do sklepu, chwilkę
porozmawiał z babką, wsiadł z powrotem i odjechał.
I tu zdębiałam po raz drugi.
Nie dość, że za pierwszym razem zamiast zabrać awanturującego się
pijaka na wytrzeźwiałkę, to mu pogrozili tylko paluszkiem i puścili
dokładnie w tym samym miejscu, to za drugim razem nawet nie obleźli
okolicy w jego poszukiwaniu.
Ręce mi opadły
A swoją drogą, to idę o zakład, że w tym nocnym pociągu jest o niebo
bezpieczniej