Napiszcie, jak to widzicie, przyda mi się spojrzenie z zewnątrz.
Nasza rodzina tu na miejscu nie jest duża. Jest moja babcia, rodzice, ja z
mężem i córką oraz ciotka z wujkiem. Reszta się rozjechała. Na Święta będziemy
w ww. składzie. I teraz problem. Mój wujek jest alkoholikiem, zawsze ciotce
życie uprzykrzał. Generalnie różnie było między nimi, on jest marynarzem,
często go nie było. Rok temu ciocia miała udar niedokrwienny. Pozostał jej po
tym taki lekki zespół otępienny, zanik aktywności - generalnie to już nie ta
sama osoba. Moja rodzinka naiwnie sądziła, że skoro ona teraz jest taka
biedna, to jej mąż się zmieni, przestanie pić i się będzie nią opiekował. Ha
ha

Oczywiście jest gorzej i coraz bardziej się na niej wyżywa. Mnie za
bardzo nikt nic nie mówi, ale wiem, że jak jest na lądzie (w ciągu ostatniego
roku to były może w sumie 3 miesiące), to przepija wszystko, wyzywa ją, a
nawet ją uderzył w twarz (co wiem od tygodnia) i jest coraz gorzej. Moi
rodzice próbowali jakoś go do pionu postawić, ale nic to nie daje. Ja
rozmawiałam z ciocią o rozwodzie, ona chyba nie chce, nie widzi tego jakoś...
żyje z nim w sumie już ok. 35 lat, też jest współuzależniona od dziada... no i
to otępienie. Zabrałam ciocię do psychiatry, przepisał je tabletki, mają
zacząć działać po 2-3 tygodniach i wtedy chcę z nia pogadać. Ale o Wigilii.
Oczywiście moja rodzina zaprasza na Wigilię ich oboje. Albo ja jestem jakaś
dziwna, ale to dla mnie nie do pomyślenia. Dziad znęca się nad kobietą, wyzywa
ją, a tutaj udajemy, że jest wszystko ok, siadamy do stołu, opłatek itp. Ja
wiem, że to Święta i się wybacza i wolałabym jakoś tę moc przebaczenia w sobie
znaleźć ale nie umiem i już. Wg mnie powinno się zamknąć drzwi przed takim
bandziorem, co się nad żoną znęca i może jakby sam sobie w Wigilię posiedział
(jego własna rodzina, rodzeństwo, go nie chce widzieć), to by coś do niego
doszło. Ale opcja jest taka, że on normalnie przychodzi i udaje, że jest
dobrym mężem, a my - że jest wszystko ok. Zapowiedziałam mojej mamie, że ja
się do niego odzywać nie będę i opłatkiem się nie połamię i wiecie, że wpadła
wtedy na genialny pomysł - to my się w tym roku nie będziemy opłatkiem łamać w
ogóle, tylko sobie symbolicznie życzenia złożymy!!! Nosz poniosło mnie. Żeby
się jaśnie pan nie poczuł źle, to rezygnujemy z opłatka.
Napiszcie, czy ja nie przesadzam, czy rzeczywiście powinnam zęby zagryźć i
traktować go normalnie? Z jednej strony nie chcę psuć Wigilii sobie i mojej
rodzinie (mama i babcia to nadciśnieniowcy zresztą) no i nie wiem, może on
rozjuszony moim zachowaniem, wyżyje się potem bardziej na ciotce? Z drugiej
strony, ja nie umiem tak udawać, że jest ok. W ciągu ostatniego roku ja go po
prostu nie widziałam, unikaliśmy siebie, on zresztą rzadko był na lądzie.
Teraz będzie pierwsze takie spotkanie... mam ochotę mu wszystko wygarnąć...
ale może rzeczywiście powinnam się powstrzymać...
co sądzicie?