andaba
23.03.08, 13:50
Przy każdym nieszczęściu, które przydarzy się dziecku zaczyna się sąd nad rodzicami gdzie byli, co robili, i że to na pewno ich wina.
Przeważnie jest to mocno przsadzone, bo nie zawsze jest człowiek w stanie przewidzieć, co dziecko może zrobić i co znaleźć.
Założę się, że te potępiajace też stwarzają mnóstwo potencjalnych niebezpieczeństw, tylko mają więcej szczęścia.
Przedwczoraj mój namłodszy i najstarszy syn jedli kolację. Spokojnie, przy stole. Obok stołu, przypięta w foteliku, siedziała córka. Nagle młodszy syn pchnął stół (prawdopodobnie oparł się nogami o pałąk łączący obie "nogi" stołu-ławy). Gdy stół odjechał syn zjechał z ławki, i rąbnął potylicą o o jej siedzisko. Przesuwający się gwałtownie stół wywrócił starszego syna, który razem z krzesłem poleciał na kilkumiesięczną siostrę. Dobrze, że w ostatniej chwili złapał sie stołu i złagodził impet.
Do nieszczęścia niewiele brakło - mały mógł sobie przetrącić kark, starszy mógł siostrę uderzyć i przydusić - ona jest maleńka, on dość ciężki, poza tym mógł walnąć głową o szafki.
Gdzie byli rodzice? Ja stałam obok stołu. Mąż był w pokoju. Oboje treźwi i przytomni. A mimo to...
Czy mogłabym tego uniknąć? Chyba przywiązując pieciolatka do ławki, a stół przykręcając do podłogi.
Drogie matki idealne!
Czy wiążecie swoje dzieci, gdy tylko nie trzymacie ich na kolanach? Czy macie przykręcone do podłogi stoły i inne meble?