Prosba od redakcji

11.09.03, 13:19
Kochane kobiety,

Piszę tekst o tym jak rozpoznać, że poród się zaczyna. Chętnie uzupełniłabym
go Waszymi wypowiedziami. Jak to było, jak to się zaczęło? Czy którejś z Was
przydarzyło się coś nietypownego, zabawnego, o czym nigdy nigdzie przedtem
nie czytałyście? Jak zareagował mąż?
Czekam na Wasze relacje pod adresem justyna.dabrowska@agora.pl

Z góry dziekuję za wszystkie relacje i serdecznie pozdrawiam

Justyna Dąbrowska
    • wieczna-gosia Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 13:49
      My z czulascia wspominaly porod naszej Ani, 13 lat temu wink)

      Ja pojechalam sobie do babci na obiadek, maz do kolegow. Wytrzeslo mne w
      atubusie, zjadlam buraczki z ziemniaczkami solidna porcje i... poszly wody.
      To ja za telefon i dzwonie do meza.
      Dialog wygladal tak:
      Ja: hehehehe rodze hehehe
      Maz: Gosia nie wyglupiaj sie.
      Ja Hahahaha
      Maz: Gosia pizze sobie zamowilismy nigdzie nie jade, nie zartuj bo jak sie
      zacznie to ci nie uwierze.
      Ja: Umieram ze smiechu
      Mazsadcoraz bardziej wkurzony) dobra ide i nie wracam do ciebie
      Babcia:wyrywa jmi sluchawke) ona naprawde rodzi, chyba histerii dostala.
      Ja: kwiiicze ze smiechu wink) tak absurdalna byla dla mnie ta sytuacja i
      zabawnawink
      Maz oczywiscie przyjechal wink))
      Wtedy za rodzinny sie placilo, a my tego nie zrobilismy. I ja zadzwonilam do
      szpitala czy mozemy po prostu z gotowka przyjechac. Nie mozemy na konto
      trzeba. I co zrobil moj maz i jego ciezarna zona? Oczywiscie poszli na Poczte
      Głowna bo tylko tam jeszcze bylo otwarte, odstalismy w ogonku (zadne
      tam "prosze nas przepuscic zona rodzi") i doiero pojechalismy do szpitala wink
      • aniaop Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 14:19
        Ja zaczelam rodzic tydzien przed terminem, a maz 400 km dalej w delegacji (mial
        wracac nastepnego dnia wieczorem). Po prostu o 23.30 wody mi odeszly, bez
        dokladnie zadnych objawow wczesniejszych. Dzwonie wiec do meza, ktory juz
        szykowal sie do snu po dniu ciezkiej pracy i kaze mu wsiadac w samochod i
        przyjezdzac. Reakcja, dokladnie, jak u Gosi, ze zartuje. Ale zaraz po moim
        trzesacym sie glosie zrozumial, ze nie. W ciagu 20 min spakowal sie, powiadomil
        spiacego w innym pokoju kolege z pracy- Wlocha i wymeldowal sie z hotelu. W
        ciagu 3,5 godzin z Gdanska do Warszawy dojechal (chociaz pozniej przyznal sie,
        ze pod koniec trasy musial zatrzymac sie i zdrzemnac 20min na parkingu, bo juz
        nie dawal rady). Ja czekalam i dopiero razem, z prawie pelnym rozwarciem
        dotarlismy na porodowke.
      • iwwo1 Re: Prosba od redakcji 17.09.03, 16:13
        Termin porodu miałam ustalony na 10 marca ,powiedziałam w pracy wszystkim że
        idę 10 rodzić a jakoże mieszkam w Bielsku a poród wymyśliłam sobie w
        Tychach ,wziełam wolny dzień i pojechałam do Tychów .
        Zero bóli ,jak 10 to 10 tak zaplanowałam -prowadząca mnie pani doktor
        powiedziała ze ja raczej nie urodzę dzisiaj -wściekłam się

        Ponieważ mam babcie w Tychach zostalismy u niej na noc ,wieczorem poszliśmy
        sobie z tej ropaczy do kina na "Ogniem i Mieczem"Jachowi niezbyt te odgłosy
        odpowiadły ale jakoś przeżył

        Rano Marcin pojechał do pracy do Bielska a ja zostałam jeszcze u babci
        wieczorem pojechałam do Bielska sama -pociagiem -chyba mnie zaćmiło zupełnie
        nie wpadlam na to że mogę rodzić w pociągu smile)

        Potem w Bielsku poszłam jeszcze do pracy ,musiałam uporządkować soczeki
        kontaktowe
        W nocy obudziło mnie delikatne obejmowanie w pasie ,takie sobie niezbyt mocne
        Budzę Marcina i mówię ze chyba rodzę a On mi na to że już tak rodzę trzecią
        noc
        i żebym zaczeła mierzyć skurcze ,były co 10 minut

        Ubraliśmy się i poszliśmy do szpitala po drugiej stronie drogi ,lekarz mnie
        zbadał i powiedział ze powoli się zaczyna i ze mogę jechać do Tychów bo urodze
        pewnie koło południa nastepnego dnia

        My nie mieliśmy wtedy auta ,ale moja przyjaciółka chodziła wszędzie z telefonem
        komórkowym bo miała mnie zawieść
        Po naszym telefonie była u nas w 5 minut ,pierwszy raz zobaczyłam ją bez
        makijażu smile)

        Jadąc do Tych doszłam do wniosku że jestem b.głodna więc zachaczyliśmy o
        MC "donaldsa jakie było zdziwienie pani na drive gdy na hasło 'na frytki trzeba
        3 minuty poczekać "Magdula wykrzyczała

        3 minuty ale my nie mamy 3 minut ona rodzi !!!

        HIhi
        Lekarz nie miał racji ,Jacho urodził się godzinę potem .
        Mady mama która była lekarzem skomentowała to tak
        "Madzia a Ty wiesz że przy Twojej jeżdzie Iwonka mogła urodzić Ci w aucie ?"
        Na szczęście urodziłam w wodzie tak jak chciałam ....
        IWO1
    • jagasz Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 14:07
      Wysłałam post na justyna.dabrowska@gazeta.pl. Nie wiem czy dojdzie.
      Pozdrawiam
    • zabcia_m Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 14:19
      Witam,
      Na poprzednią prośbę odpowiedziałam na podany adres, teraz dla odmiany tutaj smile
      Przy pierwszym porodzie zdziwiło mnie wyjście z dróg rodnych wielkiego czopu
      śluzowego, o czym nigdy nie słyszałam, ani nie czytałam. Później ze wzgledów
      zdrowotnych (pepowina) wszystko potoczyło się "sztucznie" czyli poród
      wywoływany, więc nie ma co pisać.
      Za to przy drugim porodzie byłam sama w domu, w nocy z 8 letnim synkiem, mąz w
      delegacji, do terminu jeszcze tydzień, dwa dni wcześniej lekarz uspakaja, że
      wszystko pozamykane, a tu leją sie ze mnie wody płodowe. Dzwoniłam do rodziców
      tak długo, aż odebrali. Tata przyjechał natychmiast (to samo miasto) i w drodze
      do szpitala juz 2 skurcze. na izbie przyjęć rozwarcie na 1 palec, a już na
      porodówce na 5 palców. Zrobiono mi miekkie wkucie, ale nie zdążono nic
      podłączyć, za kilkanaście chyba minut córcia była już na świecie. Cała akcja od
      odejścia wód trwała chyba 1,5 godzinki. Zaskoczył mnie ból - jego intensywność.
      Przy pierwszym 7 godzinnym porodzie bolało, ale nie aż tak jak przy drugim
      krótkim. Dosłownie rzucałam sie na łóżku i bardzo pomagało sapanie jak piesek i
      pozytywne mysli, że juz za tydzień wyjde z wózeczkiem na spacer wink nawet mój
      opłacony lekarz nie zdążył przyjechać, a mąż dowiedział sie w hotelu, że ma
      córcię smile
      Pozdrawiam
      Zabcia
    • santta Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 14:51
      Zupełnie zaskoczyła mnie ilość wód płodowych. Myślałam, ze jest ich o wiele
      mniej. Obudziałam sie mokrym łożku, po drodze do łazienki zalałam cały dywan.
      Potem przerwa, a w samochodzie ciąg dalszy i mokre całe siedzenie.

      Wody odeszły mi o 2 w nocy, obudziłam męża, pojechalismy razem. W szpitalu
      okazało się, ze ma rózne buty. Elegancki czarny pantofel w komplecie z białym
      trampkiem wink) Bardzo poprawiało mi to humor w przerwie między skurczami,
      potem był przedmiotem zartów całego personelu wink
    • magdabw Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 15:10
      nooo to mnie też wody odpłynęły o 3 nad ranem
      jako, że sie poczytało, że nie wolno wtedy odwlekać wyjazdu do szpitala - budze
      mojego męża
      a on rozespany na to: "no tak - wiedziałem, poprostu wiedziałem, ze ty
      zaczniesz w środku nocy...", ale 10 minut później był chyba najbardziej
      obudzonym facetem w mieście
      dojechaliśmy do szpitala i chyba z przejecia niezbyt dobrze oceniłam sytuację
      bo sie dużo nagadalam do przypadkowego faceta, którego wziełam za lekarza
      dyżurnego podczas gdy on nie będąc w stanie mi przerwać na koniec
      stwierdził: "aaaale ja tu tylko leze chwilowo - czekam na lekarza"
      wink a wszystko dlatego, że w szpitalu był remont i przenieśli w inne miejsce
      przyjecia na porodówke a tam była jakaś tymczasowa poczekalnia - a ja gościowi
      taaaakie intymne rzeczy wyopowiadałam wink
    • aluc Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 15:13
      no więc było to tak smile

      poniedziałek, 10 dni po najpóźniejszym z wszystkich możliwych terminów

      o 14 z groszami byłam na kolejnym "poterminowym" badaniu - na KTG skurczów brak
      (to znaczy był jeden w ciągu 30 minut, ale nieporodowy), w badaniu rozwarcie na
      1 palec, innych objawów zero, poza czopem śluzowym, który raczył odejść trzy
      dni wcześniej

      koło 17 zaczęło mnie lekko pobolewać w dole brzucha, ale tak mało konkretnie.
      Nie wiem skąd, ale dopadło mnie uczucie, że się zaczyna, chociaż nadal zero
      skurczów i innych przyjemności. Zadzwoniłam do mamy:

      "Mama jak się schab piecze?"
      "(...)" opowiada mama
      "Mama wiesz, bo ja chyba dzisiaj urodzę"
      "A co, zaczęło się?"
      "A nie, ale jakoś mi tak dziwnie"

      o 18 pobolewało już tak konkretniej, co 3-5 minut, ale tak samo było po
      ostatnim badaniu, więc spokój grabarza i telefon do niemęża

      "Wiesz, przyjechałbyś może dzisiaj z pracy wcześniej"
      "A co, zaczęło się?"
      "Ano nie, ale może byś był"

      włażę do wanny, koło 18.40 niemąż przyjeżdża i proponuje, że może byśmy
      zmierzyli, co ile te pobolewania i tak dalej. Pobolewania są co minuta i trwają
      45 sekund :o

      dzwonimy do położnej i wtedy przychodzi skurcz taki, że nie jestem w stanie
      mówić i tylko jęczę do słuchawki... 15 sekund przerwy i następny...dalej
      wszystko odbywało się już w sekwencji skurcz - 15 sekund na wyjście z wanny,
      wytarcie, ubranie, przebranie po tym, jak odeszły wody wpros na świeżo uprane
      spodnie, wyjście z domu, załadowanie do samochodu, przejście przez ulicę (w
      dwóch ratach, skurcz dopadł nas na środku jezdni)... w szpitalu byliśmy o
      19.40, o 20.20 trzymałam już Maksia na brzuchu

      i niby wszystko było jak w książce, ale w nieco wink szybszym tempie, i chociaż
      bardzo chciałam szybko urodzić, to jednak nie spodziewałam się, że urodzę aż
      tak szybko
    • mama_wiktora Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 15:25
      Napiszę tu... Całą sobotę byłam w chandrowym nastroju, nawet po południu
      trochę popuściłam i popłakałam sobie w mężowe ramię wyjąc, że nikt mnie nie
      kocha i w ogóle jest mi źle. Obudziłam się w nocy około 2 czując że mi mokro.
      Najpierw myślałam że nie panuję nad sikaniem, ale w łazience okazało się, że
      chyba nie bo cały czas coś leci. Rozebrałam się żeby założyć coś suchego no i
      jakoś tak panika mnie dopadła. Latałam z gołą pupą po mieszkaniu szukając
      książki, żeby jeszcze raz przeczytać ile mam jeszcze czasu na dotarcie do
      szpitala (tak naprawdę miałam do zrobienia około 5 minutowy spacer). Wreszcie
      przeczytałam, że jeszcze mam czas, bo skurcze żadne a wody czyste. Próbowałam
      zasnąć no ale jak tu spać wiedząc że to już?! Tak jakbym adrenaliny dostała.
      Obudziłam męża który dopiero się położył sakramentalnym: kochanie to już!
      Zjedliśmy śniadanie, wypiliśmy herbatkę, do szpitala dotarliśmy dopiero o 5.
      Całą drogę lało mi się po nogach, ale skurcze słabe, rozwarcie prawie żadne.
      Przyspieszyli mi kroplówką, ale i tak nic z tego nie wyszło. O 18, po dwóch
      godzinach mojego parcia, zrobili cesarkę i mój słaniający się na nogach
      małżonek spędził uroczą godzinkę z naszym synkiem w ramionach!
      Gosia
    • rubi21 Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 20:52
      Ja też się dopiszę. Mój poród był wielkim zaskoczeniem dla mnie, rodziny i
      lekarzy. Zaczęło sie bólem prawej nogi i lekarz się obawiał że to zapalenie
      wyrostka robaczkowego, taki ból utrzymywał sie ok 15 godzin, potem doszedł ból
      pleców i kontrola u lekarza ginekologa. Okazało się że zaczęłam rodzić (ładny
      mi wyrostek). Po zdjęciu szwu okrężnego (miałam założony ok 23 tyg.) wszystko
      się uspokoiło i chciałam wracać do domu ale o 16 bóle powróciły i niestety
      znowu nietypowo, ponieważ nie bolał mnie ani brzuch ani plecy tylko nogi od ud
      do kolan. Wystraszyło to lekarzy na tyle, że postanowili przyspieszyć poród i o
      22.05 przyszedł na świat nasz synek. Obecnie nasze dziecko ma już prawie trzy
      latka i waży 14 kilo - jak na wcześniaka ważącego 2100 w chwili narodzin to
      chyba zupełnie nieźle. Pozdrawiam Apasmile
    • libra.alicja Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 21:32
      2 tygodnie przed terminem, pierwsza ciąża, południe.
      Siedzę na kanapie i nagle słyszę dźwięk pękającego balona, tyle że dźwięk
      wyraźnie pochodził z mojego brzucha (tak, tak, słyszałam pęknięcie pęcherza
      płodowego). Wstałam i chlusnęło. Dobiegłam do telefonu, dzwonię do męża, on
      każe mi się położyć i się nie ruszać. W szkole rodzenia uprzedzano nas, że jak
      jest silne chluśnięcie, to może wypaść pępowina i może być źle. Mąż jadąc do
      domu zadzwonił do znajomego lekarza, a ten doradził wezwanie karetki i
      natychmiastowy dojazd do szpitala na leżąco.
      A miało być inaczej, po sygnałach porodowych miałam wziąć prysznic, golenie,
      robienie kanapek dla męża do szpitala i spokojne przygotowania.
      Leżałam bez ruchu na zalanym łóżku, mąż mnie przebrał w suche rzeczy i
      przyjechało pogotowie. Lekarz obcokrajowiec (pochodzenia arabskiego) słabo
      mówił po polsku, nie rozumiał co znaczy 38 tydzień ciaży przeliczał to na
      miesiące i nie wiedział co robić, pielęgniarz zionął wczorajszą wódką, ja byłam
      przerażona. Mąż kilka razy tłumaczył, żeby zawieźli mnie do wybranego przez nas
      szpitala, jak był pewien, że zrozumieli to pozwolił zabrać mnie na noszach i
      ruszył samochodem za nami. Jechałam starym polonezem na sygnale, podskakując na
      każdej dziurze. W szpitalu najważniejsze były moje dokumenty (legitymacja
      ubezpieczeniowa, dowód osobisty i jakieś oświadczenia), wszystko na leżąco.
      Potem dopiero zbadano mnie, okazało się, ze główka jest przyparta i mogę
      chodzić. Udaliśmy się na salę porodową, ale to już dalsza część tej historii,
      nie na temat wątku.
      • odalie co z tymi wodami 19.09.03, 17:55
        No właśnie, Libra - jesteś jak na razie pierwszą tu dziewczyną, której tak jak
        mi na szkole rodzenia pani wbijała w głowę, że po odejściu wód nie wolno łazić
        bez kontroli lekarza, że trzeba się położyć a jechać tylko z pogotowiem.

        Czytam te historie, jak Wy dziewczyny łaziłyście i robiłyście różne rzeczy po
        odejściu wód... Hmm, jak to w końcu jest?
        • aniaop Re: co z tymi wodami 19.09.03, 18:19
          Odalie, moze kiedys tak mowiono o tych wodach (bo to takze szkola mojej mamy)?.
          Moja polozna w szkole rodzenia w ubieglym roku powtarzala nam do znudzenia, ze
          przy czystych wodach plodowych i braku skurczy wcale nie ma co sie spieszyc do
          szpitala. Nie mozna tylko brac kapieli. Do szpitala trzeba dotrzec w ciagu 6h,
          bo tyle zwykle czeka sie, aby natura sama zadzialala i rozpoczely sie skurcze,
          inaczej porod sie wywoluje kroplowa.
          Gorzej juz, gdy wody sa zielone, bo malec oddal smolke. Wtedy do szpitala
          trzeba dotrzec w ciagu max 2 h. Pozdrawiam
          • odalie Re: co z tymi wodami 19.09.03, 18:32
            Hej!

            Mówiono w roku 1998 i 1999, a mówiła pani położna bardzo nowoczesna, regularnie
            jeżdżąca na szkolenia, dokształcająca się i konsultująca z lekarzami, według
            mnie (i nie tylko, bo to lokalna trójmiejska sława) bardzo kompetentna.

            Powód jaki nam podawała: jeśli nie macie 100% pewności, że maluszek ma główkę
            wklinowaną gdzie trzeba, nie ryzykujcie wypadnięcia pępowiny.

            Na zasadzie "lepiej dmuchać na zimne".

            Oczywiście, ja sama łaziłam i ćwiczyłam po odejściu wód, ale po badaniu, w
            szpitalu, pod bezpośrednią opieką medyczną.

            Akurat ja mam taką zapobiegliwą i strachliwą naturę, że argumentyb pani ze
            szkoły do mnie przemawiały smile)))) inna rzecz, że nie wypróbowałam, bo nie
            przydarzyło się.
    • eu-iza Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 21:38
      Styczniowe, niedzielne popołudnie. Jesteśmy na obiedzie u mamy. Ja – jak
      baryłka - 38 tydzien skonczony. Krzyś zaczyna kopać, jest aktywny, co chwila
      czuję, że mój brzuch się stawia. Coś częste te skurcze, ale do terminu jeszcze
      dwa tygodnie. Dzwoni Kasia – koleżanka z roku. Mamy się dzisiaj uczyć do
      ostatniego egzaminu zimowej sesji, który zdajemy za trzy dni – „transport w
      bakteriach”. Zbieramy się do domu.
      Wkuwamy. Mąż Kasi gawędzi z moim mężem, ot, takie męskie pogaduszki, my męczymy
      bakterie. „Kochanie, możemy się czegoś napić? Nie rodzisz jeszcze?” – śmieje
      się do mnie Łukasz. „No, co ty, przed egzaminem?”. Brzuch nic sobie nie robi z
      naszej rozmowy, stawia się dalej. „Nieeeee” – myślę, ale zaczynam mierzyć czas,
      ot tak z ciekawości. Skurcze dziwne, właściwie to nawet nie skurcze, tylko
      brzuch się stawia, twardnieje. Co pięć minut, co siedem, na trzydzieści sekund.
      Jeszcze za krótko. To na pewno skurcze przepowiadające. Kujemy z Kaśką dalej.
      Po półtorej godziny idę do naszych panów. „Kochanie – mówię – to na pewno nie
      to, ale nie pij już więcej”. Mój mąż bez żalu odstawia wiśniówkę domowej roboty
      i pędzi do kuchni zrobić sobie mocnej kawy. „Nie biegaj tak” – mówię –„To na
      pewno jeszcze nie to”. Kasia z mężem wychodzą, jest dziewiąta wieczorem.
      „To co, mierzymy te skurcze?” – patrzymy na siebie trochę niespokojnie.
      Skurcze słabe, ale co pięć minut, trwają czterdzieści sekund. Żeby je dobrze
      wyczuć kładę ręce na brzuch. Dzwonimy do brata – lekarza. Tomek stwierdza, że
      za dwie godziny, jak nic się nie zmieni, mamy jechać do szpitala. Niech zrobią
      KTG – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Mija godzina. Przed jedenastą jeszcze raz
      dzwonimy do Tomka, który mówi, że to na pewno początek porodu. Czekamy jeszcze
      godzinę. Wierzyć nam się nie chce. Jak to początek porodu? Przecież nie boli?!
      Jeszcze dwa tygodnie! Przed północą, zgodnie z radą lekarza, zaczynam się
      pakować do szpitala.
      My zaaferowani - w szpitalu spokój i cisza. Badanie. Tylko centymetr
      rozwarcia. Położna i dyżurny lekarz komentują, że przyjechaliśmy za wcześnie –
      panikarze. Przypadkiem słyszę ten komentarz. Kładę się spać. Drzemię. Rano znów
      KTG, skurcze jakby słabną. Czekam na obchód. Nagle, ni stąd ni zowąd czuję
      silne ukłucie w dole brzucha i miłe ciepło. Wyskakuję z łóżka - aha, to tak
      wyglądają wody płodowe. Od razu zabierają mnie na badanie. Cztery centymetry
      rozwarcia. Na salę odwożą mnie na łóżku i niosą za mną kapcie. Jeszcze spłakana
      po badaniu dzwonię do Łukasza. Jest ósma trzydzieści.
      Jest dwunasta zero pięć. Na moim brzuchu leży Krzyś. Pierwsze, co czuję, to
      ciepło. Jest maleńki, wilgotny i ciepły. Płacze. I sika na lekarza.
      tak to było...
      Iza
      p.s. na adres mail'owy tez wyślę
    • domali Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 22:01
      Termin miałam na 22.10. (jakiś oszukany wink ), ale już 28.09. moja pani
      ginekolog powiedziała, że na jej w ciągu tygodnia Wiktorek będzie na świecie.
      Koniecznie chcialam rodzić w dobrym szpitalu, trafiło na Olsztyn. Ostatni
      tydzień ciąży spędziłam więc u teściów.
      W czwartek, 04.10. o 22.45 (pamiętam!) kładłam się spać; poczułam "pyk" i
      zaczęło się ze mnie lać - wody płodowe. Nigdy w życiu tak mi się nie trzęsły
      kolana!!!
      Mąż - ponad 200km ode mnie, pracował w Gdańsku. Ja za telefon, mówię - rodzę, a
      on mi mówi, że siedzi u znajomych w akademiku, popija winko... zebrało mu się
      na żarty.
      Do szpitala pojechałam z teściową, mąż już przed druga był ze mną. A już o 6:25
      Wiktorek leżał na moim brzuchu, a tata trzęsącymi się rękami przecinał pępowinę.

      --
      Pozdrawiam,
      Dominika, mama Wiktorka (05.10.2001)
      • ainer1 Re: Prosba od redakcji 15.09.03, 14:00
        Domali,

        ja bede w analogicznej sytuacji: ostatnie dni w Olsztynie u tesciow, maz w
        Warszawie jeszcze w pracy. Gdzie rodzilas w Olsztynie, czy jestes zadowolona?
        Renik
        ainer1@poczta.onet.pl

        domali napisała:

        > Termin miałam na 22.10. (jakiś oszukany wink ), ale już 28.09. moja pani
        > ginekolog powiedziała, że na jej w ciągu tygodnia Wiktorek będzie na świecie.
        > Koniecznie chcialam rodzić w dobrym szpitalu, trafiło na Olsztyn. Ostatni
        > tydzień ciąży spędziłam więc u teściów.
        > W czwartek, 04.10. o 22.45 (pamiętam!) kładłam się spać; poczułam "pyk" i
        > zaczęło się ze mnie lać - wody płodowe. Nigdy w życiu tak mi się nie trzęsły
        > kolana!!!
        > Mąż - ponad 200km ode mnie, pracował w Gdańsku. Ja za telefon, mówię - rodzę, a
        >
        > on mi mówi, że siedzi u znajomych w akademiku, popija winko... zebrało mu się
        > na żarty.
        > Do szpitala pojechałam z teściową, mąż już przed druga był ze mną. A już o 6:25
        >
        > Wiktorek leżał na moim brzuchu, a tata trzęsącymi się rękami przecinał pępowinę
        > .
        >
        > --
        > Pozdrawiam,
        > Dominika, mama Wiktorka (05.10.2001)
        • wb18 Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 15:33
          Do dziewczyn rodzących w Olsztynie. Jaś też tam sie urodził. 5 stycznia 2000 w
          Szpitalu Miejskim. Było naprawdę wspaniale. Bez opłat za poród z mężem, miałam
          do dyspozycji ogromną pojedynczą salę, wannę z jaccuzi, super połozną p.
          Małgosię, ktora mi nie przeszkadzała i nawet do KTG nie wymagała, żebym się
          kładła. Od razu po porodzie załatwiła mi w kuchni spóźnione śniadanko. W
          porównaniu z tegorocznym moim rodzeniem w W- wie Olsztyn wypadł na 6
          Zresztą samo miasto uwielbiam, mieszkałam tam 4 lata.
          Pozdrawiam
    • gosik34 Re: Prosba od redakcji 11.09.03, 22:15
      W dniu terminu porodu mój brat zawiózł mnie na spotkanie z położną na rutynowe
      badanie. Kiedy wsiadałam do samochodu brat spytał, gdzie moja torba a ja
      powiedziałam ,że dziś na pewno nie urodzę, bo nic na to nie wskazuje (brak
      jakichkolwiek zwiastunów: skurcze przepowiadające, czop, wody płodowe, bóle
      krzyza itd.). W szpitalu spotkałam się z mężem i po badaniu okazało się, że mam
      3 cm rozwarcia. Szok! To nie możliwe! Nic nie bolało nic nie czułam.
      Pojechaliśmy do domu po torbę i po 2 godzinach było 7 cm rozwarcia bez bólu i
      mojej kontroli. 1,5 godziny później na świecie był zdrowy Mikołaj.
      Był to nasz drugi poród i przygotowując się do niego opracowaliśmy z mężem plan
      działania, ażeby nic nas nie zaskoczyło, ponieważ wydawało nam się, że wiemy
      jak to jest. Natura jednak spłatała nam figla. Akcja porodowa rozpoczęła się i
      trwała w utajony sposób i bez powodzenia wyczekiwałam sygnałów, że poród się
      zaczął. Proszę napisać, że takie sytuacje też się zdarzają na co potwierdzeniem
      jest moja historia.

      Serdecznie pozdrawiam,
      Małgosia
      • pesteczka5 Re: Prosba od redakcji 12.09.03, 10:03
        Dzień dobry,
        To i ja. 39.tydzień ciąży zagrożonej, w domu. Po licznych kontrolach. 10 rano.
        Idę siusiu, patrze - krew! Pełno krwi! Sama krew! Wiem, że czop śluzowy może
        być podbarwiony krwią, ale to jest krew tylko i wyłącznie i zero śluzu. Trzeba
        na sygnale... odklejenie łożyska... Boże... moje dziecko... Synusiu,
        spokojnie, przemawiam, i trzęsącymi rękami trzymam słuchawkę. Mąż w pracy - 40
        km od domu. Kochanie, dzwoń do mamy. Ja w jedną i drugą to strata czasu.
        A może od razu do naszego, najbliższego szpitala... Spokojnie. Wyjeżdżam
        przed Was.

        Mama wiedziała, zanim się odezwałam. Była za 10 minut. Ja, po szybkim
        prysznicu, osiągnęłam harmonię i wpadłam w jakiś trans. Dziecko się ruszało,
        ani mniej, ani bardziej niż zwykle. Żadnej niespokojnej szamotaniny. Więc i ja
        byłam spokojna. Dojechałyśmy do wlasciwego szpitala - 40 km w 30 minut.

        Za to na izbie przyjęć na hasło - krwawienie - nikt nie wpadł w popłoch,
        żadnego USG. Badanie, KTG, rutyna. Mąż wyszedł po wodę mineralną, zostałam
        sama - a tu jakiś megaskurcz! Boże! Nie!

        To byl najsilniejszy ze wszystkich, nie liczac II okresu... Po 12 godzinach
        urodzilam slicznego, zdrowego, pieciokilowego synka. I od tej pory nic nie
        bylo juz takie samo... Ale to temat na inna opowiesc.

        Drugi porod to byla planowana cesarka, przeciw ktorej wszystko we mnie
        krzyczalo. Pochmurny dzien, uczucie, ze wydzieraja dzieciatko z przytulnego
        gniazdka... Wbrew naturze, w niezgodzie z soba, bez tego mistycznego,
        kobiecego tanca... Wiec nie wiem, jak by sie zaczelo. To tajemnica mojego
        drugiego,slicznego, jasnego synka.

        P.S. Przepraszam, w trakcie pisania zepsula mi sie klawiatura!...
    • abakus2 Re: Prosba od redakcji 12.09.03, 09:51
      Rzygałam jak kot, plus wszelkie objawy gigantycznego zatrucia pokarmowego, plus
      potworny ból trzewi wszystkich. Mimo, że już było po terminie, przez pół nocy
      byłam przekonana, że to konsekwencja jogurtu z cykutąwink A potem było coraz
      gorzej przez 12 godzinwink))
      Acha, może jako ciekawostka ornitologiczna: nie odczuwałam żadnych skurczy, nie
      miałam ani jednego skurczu partego. Tylko ciągły potworny ból cyklicznie się
      wzmagającywink
    • annaz_wawa Re: Prosba od redakcji 12.09.03, 10:16
      Mój pierwszy poród był wywoływany bo był po terminie i zakończył się cesarka.
      O drugim zadecydowałam sama, termin miałam wyznaczony na 25 stycznia,ale byłam
      juz gruba jak słonica ledwo chodziłąm i miałam dość i według moich wyliczeń
      powinnam rodzić wcześniej i postanowiłam " sobie dopomóc". Słyszałam że jak
      się wejdzie po schodach na 10 piętro to poród murowany. To był poniedziałek
      wybrałam się z synkiem na spacer,ale nie miałam siły spacerować(opatulona w
      zimową kurtke) i postanowiliśmy wrócić do domu i.... coś mnie podkusiło
      zaproponowałam synkowi spacerek schodkami zamiast windy, małemu pomysł się
      spodobał.....No i weszliśmy na 7 piętro spacerkiem. Gdy weszłam do domu to
      pomyślałam że głupio zrobiłam, ale gdy poszłam do łazienki zobaczyłam że
      odszedł mi czop.... i byłam szczęśliwa że wreszcie się zaczęło, zadzwoniłam do
      męża do pracy aby od wtorku brał urlop bo ja "dziś" jadę na porodówke. No i
      pojechałam moja córeczka urodziła się we wtorek o 5:45. Może to zbieg
      okoliczności a może głupio sobie dopomogłam.
      pozdrawiam annaz_wawa
      • wb18 Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 15:47
        Acha pełnie zapomniałam o najważniejszym!Drugi poród zainicjowalam sama.
        Miałam juz dość i 2 tyg przed terminem skusiłam męża do baraszkowania
        wieczornego, rano poprawiliśmy , a o zachodzie słońca machina ruszyła.

    • dwasinska Re: Prosba od redakcji 13.09.03, 17:06
      11 maja 2001 smacznie spałam i śnił mi się Big Brother. Podczas zwolnienia
      lekarskiego w ostatnich tygodniach ciąży oglądałam ten program nie mając co
      robić w domu. Nagle poczułam ból w dole pleców: tak jakby ktoś szarpnął za nerw
      niczym za strunę; ból przebiegł promieniującą przez dół pleców. Spojrzałam na
      zegarek: 5.25. Sporóbowałam zasnąć - bezskutecznie - i po dwudziestu minutach
      pojawił się ból brzucha, nie skurcz tylko ból jakby miesiączkowy. Po kolejnych
      kilkunastu minutach musiałam iść do łazienki gdzie spędziałm dobre pół godziny
      na .... sedesie. Przeczyściło mnie równo. Nie wiedziałam czy to poród czy
      zatrucie.
      Bóle z krzyża sie nasilały i nie pomagały strumienie wody z prysznica (nie mam
      wanny), nie mogłam siedzieć, ani leżeć, a chodzić też było trudno.
      Po dwóch godzinach walki ze spobą obudziłam męża: nie denerwuj się, ale nie
      wiem, chyba rodzę. Zaczął liczyć przerwy między skurczami i kazał dzwonic do
      połoznej. Z usmiechem wspominam, jak chciał zobaczyć czy mam rozwarcie. I
      rzeczywiście zerknął mi między nogi, a ja nie miałam siły żeby mu powiedzieć,
      że tak to nic nie zobaczy.
      Synek urodził się po nie całych siedmiu godzinach od tego pamiętnego "strzału w
      plecy".
      Kiedys czytałam wspomnienia pewnej aktorki, która właśnie w ten spoób opisała
      początek swojego pierwszego porodu: przeszywający ból niewiadomo skąd.

      Dorota
    • aniamr Re: Prosba od redakcji 13.09.03, 20:45
      8 października 2002 godz. 22.15 (trzy dni przed terminem)- odszedł mi czop
      śluzowy i zero dalszych objawów - z mężem zaczeliśmy przeglądać całą
      literaturę jaka była w domu na ten temat. Mąż zabronił mi siadać za
      kierownicą, bo lada moent może się zacząć.
      11 października - moje urodziny i termin porodu. Nie oszczędzam się chodzę
      pieszo do sklepu, tańczę, zbiegam po schodach z 3 piętra i staram się szybciej
      wchodzić ale brzuszek ciąży. Nic.
      14 pażdziernika - umówina ze sw3oim lekarzem stawiam się w szpitalu. Mąż
      zwolniony do domu czeka w gotowości.Nic.
      15 pazdziernika- po badaniu lekarz stwierdza "2,5 rozwarcia, jak pani się w
      nocy nie rozsypie to jutro się panią zajmę". Mąż czeka w gotowości.
      Chodzę po schodach, bo wszystko samo się zaczęło. W porze obiadowej zaczęło mi
      samo lecieć mleko z piersi -"wychodź maleństwo, bo sie Twoje mleczko marnuje" -
      myślę sobie.
      Wielka ochota na cappucino pognała mnie 4 piętra niżej (oczywiście pieszo po
      schodach) do kiosku. Częste wizyty w toalecie, ale brak objawów. 17.20 wracam
      z łazienki i "współlokatorka" mówi mi, że pobladłam - fakt słabiej się
      poczułam. Kładę się na łóżku i czuję takie pęknięcie w sobie i jak ciepło się
      rozlewa po mnie. WODY MI ODESZŁY!!! ZACZĘŁO SIĘ!!Ale zaczęło boleć, skurcz za
      skurczem. Dzwonię do męża - nie odbiera!! Dzwonię do położnej - będzie za
      godzinę!! Dzwonię do męża - nie odbiera do ch.... Dzonię do szwagra by jak
      najszybciej znalazł brata i powiedziła, że zaczęło się!! Wołają mnie do
      zabiegowego po drugiej stronie korytarza, a jak już nie mogę chodzić z bólu,
      bo nie mam w ogóle przerwy między skurczami!! Nie mogę wejść na fotel
      ginekologiczny - "tak boli??" pyta dyżurująca lekarka. Wiozą mnie na
      porodówkę. Męża jeszcze nie ma. Zadają jakieś głupie pytania o przychodnie,
      adresy, pracę, wykształcenie,a ja nie mogę oddychać z bólu. Gdzie się wszyscy
      podziali!!!! Jest mąż -przyodziany w za mały fartuch wciśnięty na gruby
      wełniany golf - swoją drogą musiał się namęczyć z ubieraniem - każę mu zdjąć
      sweter. Ze sobą przywiózł te rzeczy ciążowe, które dzień wcześniej oddałam mu
      by zabrał do domu - dobrze, że śmieci nie wziął, bo też miał przygotowane do
      wyniesienia. Pół porodówki to moja torba i mnóstwo reklamówek. Położne się
      śmieją, że gdzieś wyjeżdźamy. Skurcz za skurczem - ledwo stoję. Każą się
      położyć i strasznie wątpliwym narzędziem mierzą miednicę - już nie wstałam z
      łóżka,a marzyłam o kąpieli w nowym dżakuzi jakie ma szpital.
      Musze już przeć!!!! Jest położna - to były chyba jaszybciej zarobione
      pieniądze w jej karierze - 19.05 nasza królewna jest już z nami!!! Widzę głowy
      teściów wychlające się z pokoju obok - dobrze, że mnie nakryli. Powinno mi się
      zrobić zdjęcie - po porodzie mnie zszywają, a ja rozmawiam przez komórkę.
      Ledwo mała wyszła zapytałam się kiedy mogę jeść, bo kolacją to chyba mi już
      przepadła (oczywiście wcześniej upewniłam się czy mała zdrowa itp). Jeszcze na
      porodówce jadłam kanapki od teściowej i piłam herbatkę zrobiną przez położne i
      byłam najszęśliwsza mają u boku mojego szkraba!!!! W nocy nie zmrużyła oka -
      cały czas wpatrywałam się w córcie!
      • amania Re: Prosba od redakcji 13.09.03, 21:58
        Ja tak naprawdę to rodzić zaczynałam dwa razy. Najpierw w 30 tyg (po 10 tyg.
        brania leków podtrzymujących) poczułam, że brzuch zaczyna bolec coraz
        solidniej. zadzwoniłam do lekarza, a on polecił mi jechac na KTG. Chcieli mnie
        zatrzymac w szpitalu, ale nie powiedzieli dlaczego, wiec pojechałam do domu, a
        potem do gabinetu mojego pana doktora. Obejrzał wynik i kazał natychmiast
        jechac do szpitala, bo sie zaczeło i jest nadzieja, ze to powstrzymają. No i
        na szczęście sie udało. A po 7 tyg.lezenia pod kroplówką, w końcu mi ją
        odłączono i znowu podano tabletki.Kilka godzin później pojawiły sie u mnie
        objawy silnego zatrucia. Spędziłam w łazience prawie całą noc. Rano okazało
        się,że skurcze solidne (na KTG) i pojawiło się rozwarcie. Dowiedziałam się
        tego wszystkiego po badaniu i zdziwiłam się szczerze mówiąc, bo myślałam, że
        się czymś zatrułam. A to najzwyczaniej w swiecie były pierwsze objawy porodu,
        chociaz dosć dziwne chyba. Po 12 godzinach zobaczyłam pierwszy raz Marysię.
        • enut Re: Prosba od redakcji 15.09.03, 11:48
          U mnie pierwsze oznaki porodu byly rano - krwawienie. Ja
          do meze, ze urodze w ciagu 24 godzin - bo tak w ksiazce -
          i ze ide do lekarza to sprawdzic. A maz do pracy, bo szef
          go wzywal. Dodam, ze mieszkamy w Toruniu, a maz prace ma
          w Bydgoszczy. Lekarka chyba nie za bardzo wiedziala czy
          to juz, kazala mi jechac do szpitala, by tam sprawdzili!
          W szpitalu najpierw dlugo czekalam, by ktos sie mna
          zajal, w koncu polozyli mnie na oddzial i zrobili
          badania. Zaczely sie jakies skurcze, nawet regularne, a
          ja ze nie chce rodzic w tym szpitalu i chce wyjsc. Oni,
          ze mnie nie wypuszcza. Ale uparlam sie i wyszlam. Skurcze
          caly czas, coraz silniejsze i czestsze. Wrocilam do domu,
          spakowalam sie, wzielam kapiel - i skurcze zniknely.
          Pojawily sie wieczorem, ale bardzo nieregularne, raz
          bolesne, raz nie. Maz poszedl spac, ja nie moglam. Kolo
          2-iej w nocy zachcialo mi sie malego conieco - zjadlam
          parowke, ale wydala mi sie taka obrzydliwa, wiec zeby
          zabic smak zjadlam cukierka - paskudztwo bylo
          starszne!!!! I nagle skurcz party! Budze meza, mowie ze
          rodze. Szybko do samochodu i ja decyduje, ze jedziemy do
          Bydgoszczy - mialam zamowiony porod w wodzie smile 140
          km/h, pod prad, byle krocej, MAly probuje juz wychodzic,
          przed sama brama szpitalna (godzina 2.50) odeszly mi
          wody, jeszcze w samochodzie. Szybko mnie obejrzeli, ja
          mowie, ze chce do wody, a oni w smiech. Zaraz na septyka,
          kaza przec. No to pre. Chcialam odpoczac, a wszyscy
          krzycza, ze glowke juz widac i mam przec dalej. 0 3.00
          przytalam juz Szymka. Wlasciwie szybko i malo bolesnie.
    • magolcia Re: Prosba od redakcji 15.09.03, 11:47
      Witam wszystkie emamy.
      Chciałam Wam opisać moją godzinę zero i dowiedzieć się jak to u Was
      wyglądało - może miłayście jakąś nietypową przygodę.
      Ja mam dość chorowitego męża i co jakiś czas leży w szpitalu (długa
      historia). I tak się pechowo złożyło że jak byłam w 38 tygodniu ciąży to też
      musiał iść do szpitala. Moja Ola była ułożona pośladkowo - a to pierwszy
      poród, więc miałam mieć zaplanowaną cesrakę. W tygodniu wyglądało to tak, że
      mam zaplanowaną z moim lekarzem cesarkę na czwartek, mąż w środę wychodzi ze
      szpitala, żeby być zwratym i gotowym smile)) Byłam bardzo spokojna, bo
      zaplanowana cesarka jest zwykle około tygodnia - dwóch przed terminem. Ja do
      ostatniej chwili byłam bardzo mobilna - jeździłam samochodem i załatwiałam
      mnóstwo spraw za nas oboje. No więc we wtorek cały dzień latałam -
      odwiedziłam dwie świeżo upieczone mamy w szpitalach, mojego męża. Pojechałam
      do hurtowni po pościel dla maluszka, do firmy męża pozałatwiać jego sprawy,
      wieczorem jeszcze do rodziców posiadzieć przez chwilę... A tam nagle - dziwne
      zjawisko - na początku myślałam, że pękł mi pęcherz moczowy (smile)) tak bardzo
      byłam nieprzygotowana na tę niespodziankę. A to oczywiście wody mi odeszły.
      Na szczęście bez żadnych bóli. No więc rozłożyłyśmy z moją mamą ręcznik w
      aucie i jedziemy do mnie do domu po torbę (jakimś cudem spakowałam się
      wcześniej) - oczywiście ja prowadzę smile Po drodze dzwonię do męża - i
      spokojnie mówię, że chyba właśnie odeszły mi wody i jadę zaraz do szpitala.
      Zbaraniał. Kazał czekać pod domem - on zwiał ze szpitala (w ręce miał jeszcze
      wbity wenflonsmile przyjechał pod dom i razem już pojechaliśmy na porodówkę.
      Oczywiście okazało się, że to już ten moment i elegancko (choć bez mojego
      lekarza) zrobiono mi cesarkęsmile
      A fajną przygodę miałam, jak byłam w 7 miesiącu ciąży, a moja szwagierka w 9
      i też jej wody odeszły - dzwoni do swojego męża, a on nie odbiera. Więc ona
      do mnie. No to ja w samochód, po nią i jedziemy na porodówkę. W szpitalu jak
      nas lekarze zobaczyli to nie wiedzieli za którą łapać smile))
      Pozdrawiam
      Magda

    • judytak Re: Prosba od redakcji 15.09.03, 16:06
      Pierwszy poród: obudziłam się w środku nocy na to, że czuję jakiś bardzo duży
      niepokój. Nic konkretnego, po prostu takie silne zdenerwowanie, że nie
      potrafiłam grzecznie poleżeć sobie w łóżku, że może zasnę, musiałam wstać i
      czymś się zająć. To było niewiele po północy, pierwszy skurcz miałam dopiero o
      trzeciej, następne dwa co półgodziny, wtedy się wykąpałam, i dalsze już były co
      5 minut... (było dwa dni po terminie, noc z soboty na niedzielę, córka się
      urodziła o dodz. 12.150
      Drugi poród: przez 3-4 dni bolała mnie lewa noga, z tyłu od pośladka do kolan.
      Do lekarza nie szłam, bo byłam na urlopie. Zresztą, nie przypuszczałam, że to
      może być związane z ciążą czy porodem. Byłam w siódmym miesiącu. Jak
      wyjechaliśmy od dziadków do domu, zaczęły się skurcze. Porządne, takie co 5
      minut. A drogi do Warszawy było 800 km. Urodziłam w Krakowie, syna, 1000 g.
      Przeżył, cały czas jest rehabilitowany, chodzi do zerówki, jest zdrowy.
      Trzeci poród: wody mi odeszli o czwartej nad ranem. Umyłam się, zwdzwoniłam po
      taksówkę, w szpitalu byłam o szóstej, urodziłam o 7.20. (syna). Mąż został w
      domu, rozwoził dzieci do szkoły/przedszkola, i przyjechał do mnie. Mówię mu
      (małego akurat zabrali umyć, to już było o 9-tej)to, co krzyczy na korytarzu,
      to twoje dziecko. Nie uwierzył.
      Pozdrawiam
      Judyta
    • wb18 Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 15:27
      Przez kilka dni przed terminem , gdy kładłam się spać sączyły mi sie wody ale
      tak po kropelce, więc nie byłam pewna co to jest. I może dobrze ,bo pewnie
      gdybym zareagowała musiałabym lezeć w szpitalu. Dzień przed terminem o 21
      przetarłam podłogę w pokoju, umyłam się, położyłam spać i o 23 poczułam, że
      coś leci i okazało się, że podbarwione krwią. No to wstałam, mówię do męża że
      się chyba dziś nie wyśpi. On leży dalej. Ubrałam się, dokładnie umalowałam ( w
      izbie przyjęć natychmiast kazali zmyć makijaż) a mąż wciąż w piżamce
      poleguje.W końcu mówi :no to zadzwoń do lekarza, spytaj czy już naprawdę
      rodzisz. No to zadzwoniłam jak chciał, choć sama chyba wiem że rodzę. A jak
      pan doktor rzekł : czas udać się do szpitala, mężuś wyskoczył z pościeli jak
      oparzony i zaczął się nagle śpieszyć. Ach te chłopy.
      Dalszy ciąg trwał 16 godzin, ale ja byłam entuzjastycznie nastawiona.
      Oczekiwałam kiedy się na dobre rozkręci akcja, bo zdawało mi się, że ból
      będzię o wiele bardziej nieznośny, więc czekałam i czekałam, a kiedy polożna
      pokazywała mi jak przeć to myślałam, że tak tylko ćwiczymy a tu nagle
      urodziłam. Czyli optymizm potrafi zdeformowac trzeźwą ocenę sytuacji. Jaś
      dostał 10 punktów i było super. Mąż w trakcie przespał się na łóżku porodowym
      a ja podjadałam miśki jellybon.
    • odalie Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 18:25
      A ja miałam tak:

      - na dwa tygodnie przed terminem lekarz kazał odstawić leki przeciwskurczowe.
      Ponoć miałam już małe rozwarcie i jak tylko te leki odstawię, to pójdzie jak
      burza... (młoda już dawno ustawiła się łepkiem w mojej miednicy, brzuch się
      opuścił) Przez tydzień noc w noc miałam nieprzyjemne bóle w dolnej części
      pleców, jak małżonek masował, to pomagało.

      Po tygodniu ustały bóle i w ogóle wszystko (no, poza ruchami dzieciaczka)
      ustało. Nie było tych skurczy, z którymi od siódmego miesiąca walczyłam, no nic.

      Tak było aż do terminu, a nawet dłużej.

      Pan doktor, którego regularnie odwiedzałam, obejrzał mnie i moje rozwarcie i
      orzekł, że lepiej abym poszła już do tego szpitala i tam czekała, bo mogę mieć
      problemy z wykoncypowaniem, kiedy zacznę rodzić.

      No i poszłam, leżałam parę dni, jakieś leki mi dawali, odszedł czop, rozwarcie
      zrobiło się na trzy palce (a może to były cztery, już nie pamiętam) a ja
      jak gdyby nigdy nic, i nic nie bolało.

      Miałam wywoływany poród, bardzo, bardzo mało bolesny, dało się wytrzymać,
      chociaż mam niski próg bólu. Ponoć skurcze jakimiś cudacznymi grupami mięśni,
      coś takiego zasłyszałam. faktycznie, ich poziom na aparaturze był niższy niż u
      dziewczyn, które leżały na patologii. W sumie mój lekarz miał rację, mogłabym
      się w domu nie domyśleć.
    • evee1 Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 19:30
      Dwa porody, oba po terminie, oba wywolywane.
      Pierwszy zima. Z pracy kazali mi sie zwolnic 4 tygodnie
      przed terminem, wiec dziarsko chodzilam na spacery, zeby
      jakos te ciaze wywolac naturalnie. Nic z tego.

      W szpitalu stawilam sie o 5 po poludniu, lekarka przyszla, zbadala,
      i dala zel na wywolywanie porodu. Od razu dostalam skurczy co 2 minuty,
      ale byly takie sobie. O 12-tej mezowi kazali isc do domu, bo "nic
      sie do rana nie bedzie dzialo". Nadal mialam skurcze co 2 minuty, ale
      juz bardziej zdecydowane. Pojechal. Jak tylko dojechal do domu dostal
      telefon, zeby wracac, bo zona jednak rodzi. Po godzinie urodzilam coreczke,
      a ja z tego porodu pamietam tylko czerwony sweter lekarki, ktora
      przyjechala dzidzie odebrac, oraz to, ze szarpalam sweter meza. Podobno
      miedzy skurczami sie spalam i sie usmiechalam. Pamietam tez, ze
      bylam zdziwiona, ze tak malo mam wod plodowych. Corcia elegancko
      zrobila kupke na czerwony sweterek pani doktor, ale taki to los
      pan doktorek.

      Drugi porod - latem. W Australii. Do pracy chodzilam do ostatniego
      dnia, a byly akurat upaly 42 stopni. Ja sobie tup, tup, tup, a maly
      dalej siedzial w brzuchu. Do szpitala jechalam radosnie, bo wiadomo,
      drugi porod latwiejszy niz pierwszy.
      Lekarka zalozyla, zel, skurcze co dwie minuty. Przyszedl do pokoju
      mily student i zapytal sie, czy moze nam topwarzyszyc w ramach praktyk.
      Ja sobie mysle , czemu nie, no przeciez gdzies sie musza uczyc.
      Badal mi brzuszek, przeprowadzal ze mna wywiad itd.
      Po paru godzinach moich co 2-minutowych skurczy wlasciwie juz mialam
      dosyc, wiec pielegniarka postranowila mnie zbadac. O, tylko 5 cm
      rozwarcia. To ja oslalblam, bo myslalam, ze zaraz z bolu umre, a
      tu jeszcze pare godzin przede mna. W tym momencie pekl mi pecherz.
      W tym momencie zaczelo sie przedstawienie, ktore tez pamietam jak
      przez mgle. Mi zrobilo sie niedobrze, co glosno zakomunikowalam.
      Pielegniarka podstawia mi taka mala nerke. Ja sobie mysle "co ona
      zglupiala?" (podobno moj malzonek dokladnio to samo sobie pomyslal),
      a ja - chlust - na lozko, podloge i pielegniarki. Wszyscy zaczeli
      biegac po pokoju, przewrocili mnie na taka wielka poduche, zebym
      rodzila w pozycji pieska. Student wycieral mi pupe smile. A ja tylko
      lezalam i sie darlam. ALe bylo fajnie!! W kazdym razie trwalo to
      tylko 40 minut (od tego 5-centymetrowego rozwarcia) i urodzil sie
      synus. Tlusty Czwartek akurat byl. Ja po nacieszeniu sie naszym
      paczusiem, pomknelam pod prysznic, apotem odwiedzil nas studencik.
      I to bylo wspaniale. To byl pierwszy porod przy, w ktorym ten chlopak
      uczestniczyl i byl caly pod wrazeniem. Bardzo nam dziekowal, za to,
      ze mogl w tym cudzie uczestniczyc i malo sie z wrazenia nie poplakal!
    • mrowka110 Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 21:44
      Witam.
      Rodziłam 2 razy.
      Pierwszy raz 4,5 roku temu, 2 dni po terminie, nic się nie dzieje, szpital,
      zostaję poinformowana (choć wszystko jest ok. i mogłabym jeszcze poczekać), że
      na drugi dzień rodzę, czyli nie jem śniadania, lewatywka i podłączą mi
      kroplówkę.
      Na drugi dzień o 5-tej rano zaczęłam rodzić sama. Zaczęło się od sączenia wód.
      Rodziłam 5,5 godz.
      Przy drugim porodzie było jeszcze ciekawiej. Położenie poprzeczne w ósmym
      mies., na początku dziewiątego....Nie ma co czekać, bo rozpoczęcie akcji
      porodowej może być przy takim położeniu niebezpieczne, umawiam się na cesarkę,
      na 4-go marca br., tydzień przed terminem, mam osobistego lekarza, jadę po
      lekkim śniedanku, wszystko przygotowane, badanie na izbie przyjęć i....
      odwrócił się, po co cesarka, rodzimy!, ja przerażona wizją porodu nat., mąż ma
      być ze mną, teżmina nietęga, mam krótkie ale regularne skurcze, po przebiciu
      pęcherza stają się silniejsze, rodzę 4 godz. z dopingiem męża.
      Na zawsze zapamiętam to zjawisko, że zaczynałam rodzić w z góry ustalonym
      terminie, jakby maluchy to słyszały i pryjęły do wiadomości i były posłuszne
      tak, że nawetr ten młodszy odwrócił się w ostatniej chwili.
      Dziś cieszę się, że cesarka mnie ominęła, i jedno, co wiem na pewno, to polecam
      z całego seeca rodzić bez nacięcia krocza (ja tak rodziłam za drugim razem).
      Pozdrawiam
      • umasumak Re: Prosba od redakcji 19.09.03, 23:14
        Witam. Jakiś miesiąc przed terminem zaczęły mi się skórcze. Zadzoniłam do mojej
        pani doktor, która kazała nam przyjechać do jej gabinetu. Okazało się że to
        fałszywy alarm, który powtarzał się potem mniej więcej co dwa dni... Kiedy
        wreszcie nadszedł TEN DZIEŃ byłam przekonana że znowu nic z tego. 12 lipca koło
        godziny 7 rano obudził mnie dość silny ból w dole brzucha. Obróciłam się na
        drugi bok. Za parę minut znowu skórcz. Potem pól godziny przerwy. Skórcz. Budzę
        męża i mówię że nie wiem czy to już, ale ja idę do wanny. On za mną ( z kartką,
        zegarkiem i długopisem ). Następną godzinę siedzimy ja w wannie, a on na
        podłodze w łazieńce i zapisuje częstotliwość skórczy ! Już są co 4 minuty.
        Zrezygnowana wyłażę z wanny i mówię, że chyba zadzwonię do położnej. Dzwonię.
        Położna mówi żeby natychmiast przyjechać. Jedziemy. Ja juz w aucie przypominam
        sobie że nie mam klapków pod prysznic. Wpadam na genialny pomysł zakupów w
        hipermarkecie... Skórcze co 3 minuty. Kupujemy klapki między jednym a drugim
        skórczem. Pędzimy do szpitala. Na izbie przyjęć okazuje się, że zapomniałam
        dowodu osobistego. Mąż wraca do domu po dowód. Ja na porodówkę gdzie okazuje
        się że mam rozwarcie na 7 palców. Mąz znowu w szpitalu. Dostaję znieczulenie.
        Rodzę po 2 godzinach od przybycia do szpitala, podczas których co chwilę dzwoni
        moja mama czy już urodziłam smile))). Pozdrwiam
    • sylwik7 Re: Prosba od redakcji 21.09.03, 01:21
      Miałam termin na 15. 04.2003 r. Miałam troszkę skurczy w 6 i 7 m-cu(fenoterol).
      Ale od 8-go m-ca wszystko ok.
      31.03.miałam USg i lekarz stwierdził,że mam górną normę ilości wód płodowych.
      Ja od razu zażądałam informacji co to oznaczałoby gdybym tą norma przekroczyła
      i w końcu wydusiłam z niego, że może to świadczyć o wadach płodu, ale przecież
      ja mam jeszcze w normie- próbował mnie uspokoić. Od tego czasu zaczęłam się już
      niecierpliwić,żeby obejrzeć sobie dzidziusia osobiście i policzyć czy ma
      wszystko co trzeba.
      W piątek 3 kwietnia wieczorem była u mnie koleżanka. Opowiadała mi,że czasem
      przed porodem dobrze robi łyk czegoś mocniejszego. Żartując, że pewnie po tym
      urodzę napiłyśmy się odrobinkę martini. Gdy poszła powiedziałam męzowi, że
      czuję taki jakiś niepokój i że nie zdziwiłabym się gdyby się w nocy dzidziuś
      zaczął rodzić, choć nic mnie nie bolało. O 4-tej rano poszłam do toalety,
      wróciłam, położyłam się i poczułam,że odchodzą mi wody. A że jak wspomniałam
      miałam ich dużo - więc lało się, lało i lało.Obudziłam męża krótkim "już!".
      Zadzwoniliśmy do lekarza i pojechliśmy do szpitala. Akurat nagła zmiana pogody -
      zaczął padać śnieg. Było bardzo ślisko, a ja w półbucikach bo do kozaczków już
      się nie mieściłam, ale mąż doholował mnie do samochodu. W aucie
      postanowiliśmy,żeby nie siać paniki, że kogokolwiek zawiadomimy jak już będzie
      po wszystkim. Rodziliśmy razem. Do 8-mej nic się nie
      działo, nic nie bolało (tylko wciąż te wody). Dostałam kroplówkę, zaczęły się
      skurcze i o godz. 11.45 5 kwietnia 2003 r. urodziłam Alicję, a mąż zaczął
      obdzwaniać rodzinę i znajomych.
      Pozdrawiam. Sylwia
    • nutkaa Re: Prosba od redakcji 23.09.03, 00:23
      Rodziłam 2 razy. Pierwszy raz 2 tygodnie po terminie - nieplanowana cesarka,
      drugi 3 tygodnie przed wyznaczonym terminem - też ostatecznie cesarka. Za
      drugim razem odeszły mi po prostu wody - i to na dodatek, w niedzielę ok. 22-
      giej, w trakcie oglądania ulubionych wówczas "Milionerów". I to było najgorsze
      z całego porodu. I weź tu człowieku coś zaplanuj.
      • adderka Re: Prosba od redakcji 23.09.03, 09:56
        Mój pierwszy poród był w wiku 22 lat i starsznie, srasznie się bałam. Dwa
        tygodnie po terminie znalazłam się w szpiatlu i błagałam lekarza o cesarkę, bo
        twierdziłam, że w życiu nie urodze sama. Po kroplówce z oksytocyną minęły 2
        godziny jak trzymałam słodkie paluszki swojej córki w dłoniach smile
        Do drugiego porody przygotowywałam się od stycznia (Michał urodził się w
        marcuwink, codziennie wsłuchiwałam się w swoje ciało i czekałam czy to już. Bóle
        złapały mnie pierwsze około 19, ale wiedziałam, ze nie ma sensu jechać na
        porodówkę za wcześnie. Nie usmiechała mi się wizja spędzenia nocy w szpitalu.
        Połozyłam się spać, nawet udało mi się zasnąć. Obudził mnie ból tak potworny,
        że myślałam, ze to już mój koniec. Była godzina 2 w nocy. Pojechaliiśmy z mężem
        do szpitala, a o 4,55 na moim brzuchu leżał słodki synek. Czasami jak zamknę
        oczy, widzę jaki był wtedy maleńki.
        Addera
Pełna wersja