kajaczek_k
29.08.08, 22:06
Witam!Przeżywam najgorsze z możliwych chwil w życiu i cały czas
myslę jak to będzie. Mąż nie ma rodziców, ja mam ale nie takich
jakich sobie wymarzyłam, traktują mnie jak małą dziewczynkę,
wszystko strasznie przeżywają i każdy problem przyprawia ich o zawał
serca. Ojciec jest pod wpływem matki, matka zarządza finansami,
rozlicza go z każdego grosza, steruje wszystkim i wszystkimi
dookoła. Mój szwagier podporządkował się do rodziców, może dlatego,
ze od początku nie mieszkali z nimi, teściowa dla niego jest super.
Mój mąż od początku był zupełnie nie wiem dlaczego szykanowany przez
moją matkę, cały czas psy na nim wieszała i obwiniala o wszystko. Po
ślubie jak zamieszkaliśmy z rodzicami, kazała mu sprzątać, myć okna,
po 22 musiała panować w domu cisza nocna, musiały być pogaszone
światła, bo każdy szelest, krzątanina doprowadzały moją matkę do
szału. Jak urodziło się dziecko kazała mojemu mężowi prać ręcznie
pieluchy tetrowe i ubranka, bo szkoda było prądu na pralkę, robić
wszystko przy dziecku, karmić go w nocy i równocześnie opiekować się
mną, czyli podawać wszystko, przynosić zakupy, pomagać na działce,
chciała abym zdawała jej relację z wszystkiego, nawet spraw
dotyczących ile mój mąż zarabia, radziła co, jak i gdzie kupować aby
zaoszczędzić, mogłabym tak wyliczać jej chore pomysły. Ojciec
obstawiał za matką. Mój mąż strasznie się pokłócił z moimi rodzicami
i wyprowadził bo miał dość. Matka czekała na to i chciała abym
wzięła rozwód. Zresztą kwestia mieszkania z nimi w jednym przyznanym
nam malutkim pokoiku z dzieckiem wydawała się niemożliwa.
Wynajeliśmy mieszkanie. Pamiętam ten dzień jak matka płakała, że się
wyprowadzam, jak klęła na mojego męża, jak mi źle życzyła. Później
nieco się uspokoiło, mąż nie pojawiał się w mieszkaniu rodziców,
jedynie na święta bo go o to prosiłam, ja zaś odwiedziałam moją
matkę. Ale zawsze narzekała, źle mówiła o moim mężu, o mnie, kłóciła
się ze mną i wogóle koszmar. Nie potrafiłam przestać jej odwiedzać,
jednak cały czas obarczam siebie winą za to jak żyję i nie potrafię
znieść tego, że ona tam siedzi z ojcem i płacze, bo mnie obwinia
zupełnie jednak nie wiem za co?Za to, że chemy żyć po swojemu, a nie
pod jej dyktando. Wiem, że to toksyczne, ale nie potrafię zerwać z
nią kontaktu choćbym chciała jestem w jakiś sposób od niej
uzależniona psychicznie. Dziś powiedziałam jej, że chcemy wynająć
firmę przy remoncie swojego nowo kupionego mieszkania, to
powiedziała zupełnie bez powodu tak:" to ojciec ze szwagrem rozkuwał
gruz, wynosił rękami, aby zaoszczędzić, a twój mąż to gnój do roboty
i chce mieć gotowe"przy tym tak przeklinała, że aż wyszła na klatkę
schodową i powiedziała, (sąsiedzi słyszeli), że mój mąż jest
popierd...a ja żebym wypierd...Boże pytam się za co...Po tym
wszystkim nie mogę dojść do siebie, chyba zaczynam popadać w jakąś
depresję.
Chciałam się wyżalić bo nie mam komu...