ninety_four
06.11.08, 19:15
Mówię tu o stereotypowym postrzeganiu siebie w związku. Ok., nie zawsze i nie
wszędzie. Ale jakoś dziwnie często...
Sama mam niekiedy takie wrażenie (o moich koleżankach nie wspomnę, bo one to
rytualnie tak nadają), ze mąż a) po ślubie "stwardniał", mało przytulny jest i
z rzadka "zaskakujący", typu kwiatki, kolacyjki, czułe słówka, zauważanie
b)wyczulony na pracę żony (czy pracuje zawodowo, czy "tylko" w domu - i tak
źle i tak niedobrze
c) wyczulony na temat swojej pracy - bo taka ciężka...
d)ogólne znudzenie
Mój mąż, który zapoczątkował ten temat w domu poprzez przyznanie się, że
koledzy mu się opowiadają ostatnio i to jakoś tak prawie nałogowo (wiadomo,
jesień idzie...) twierdzi że żony
a) stały się jojczącymi i wiecznie narzekającymi
b) z postawą roszczeniowa o wszystko, na zasadzie baby w bajce o złotej rybce
c) oni na to wszystko ciężko zarabiają i ...ciągle nowe zachcianki
d) ich żony źle pracują (obojętne, czy w domu - o, to już w ogóle!; czy w
swojej pracy - małe zarobki)
Jednym słowem pretensje po obu stronach stąd aż po horyzont.
Ja sobie tak myślę, ze coś jest nie tak. Albo ludzie przesiąkają takim
myśleniem i sami potem to stosują na sobie, albo co?