pade
10.12.08, 17:59
Moja córa ma katar od prawie trzech tygodni. Próbowałam go sama
wyleczyć, bo mam całą aptekę w domu, a katar występuję u niej przez
3/4 roku. Niestety z dnia na dzień było coraz gorzej. Poszłam w
końcu zrozpaczona do laryngologa bo do pediatry nie było już miejsc
i poprosiłam ze łzami w oczach o przyjęcie dzieci (syn załapał od
małej). Powiedziałam, że zapłacę tylko niech im pomoże bo jak ten
stan się dłużej utrzyma skończy się to co najmniej zapaleniem
oskrzeli, albo ucha. Lekarz mi odmówił, bo stwierdził, że będzie
musiał zlecic dodatkowe badania i one też będą odpłatne, no i
ogólnie był na nie.
Stwierdziłam więc, że zrobię dzieciom prywatnie posiew z nosa i
pójdę już z wynikiem do lekarza. Posiew został zrobiony w sobotę,
wczoraj rano było wiadomo, ze córa ma bakterię (streptococus
pneumonia czy jakos tak) a dopiero dzis o 15 wykonano antybiogram.
Wynik odebrała teściowa bo niedaleko pracuje, ale ponieważ na 15 50
byłam umówiona do pediatry nie miałam mozliwości zabrania go od niej
więc podyktowała mi cały antybiogram przez telefon.
Weszłam do gabinetu z córą a pani doktor, która jest jednocześnie
kierownikiem przychodni, olała nas totalnie- gdy jej wytłumaczyłam o
co mi chodzi zaczęła rozmawiać z koleżanką przez telefon. Rozmawiała
prawie 10 min wertując jednoczesnie "leki stosowane w pediatrii".
Skończyła rozmowe i stwierdziła, ze nie wie co ma przepisać córce bo
część leków stosuje się w lecznictwie zamkniętym. No ale przeciez
nie wszystkie! Poza tym kto ma wiedzieć jak nie ona?
Kazała mi przyjść w poniedziałek! (przyjmuje tylko w pn i śr.)z
wynikiem bo bez niego ona nic nie przepisze. No i wywiązała się
dyskusja. Ja mówię: dlaczego nie może Pani przepisać leku teraz?
Lekarz: Czego Pani ode mnie oczekuje? Ja: Leczenia. Lekarz: a
dlaczego Pani mnie zmusza? Ja bez wyniku nie mogę. Ja: przeciez ma
Pani tu wszystko napisane. Lekarz: a podpisze mi Pani oświadczenie,
że w razie gdyby coś się stało dziecku to Pani będzie odpowiadać?
Ja: a dlaczego ja, przeciez nie jestem lekarzem, nie znam się na
lekach? Lekarz: to proszę przyjść z wynikiem w poniedziałek. Wyszłam
z gabinetu. Chciało mi się ryczeć, nie mogłam się rozkleić przy
córce, wystarczyło, ze widziała że jestem potwornie zdenerwowana.
Przeszłyśmy się trochę ale ja nadal nie mogę się uspokoić.
Ja płacę składki, mój mąż i z etatu i z działalności. Za badanie
zapłąciłam z własnej kieszeni i jeszcze odmawia mi się leczenia?
Gdyby ta lekarka miała choć odrobinę serca kazała by mi przylecieć
jutro z rana z wynikiem w zębach, ale nie, po co, biurokracja i chęć
pokazania matce kto tu rządzi jest ważniejsza.
I teraz muszę poszukać innego pediatry i to szybko, bo przecież córa
chora, a nawet nie wiem gdzie, nie wiem co robić, mam ochotę
zadzwonić na skargę do NFZ...
Wygadałam się, przepraszam ze tak długo