pieskuba
15.12.08, 11:00
Piszę właściwie po to, żeby się odgadać, bo zrobiłam już co się dało.
Wyszłam wczoraj wieczorem z psem. Mamy w okolicy taki kawałek
nieużytków, idealny do wyprowadzania psów, schowany za starymi,
wysokimi krzewami. Idę do psiego sralnika i widzę, jak facet
poniewiera tam kobietę - szarpie, wyzywa, okłada, a gdy się
przewróciła zaczął ją kopać. Nie przeszkadzało mu, że patrzę.
Chciałam zadzwonić po policję, ale okazało się, że komórkę
zostawiłam w domu. Zobaczyłam niedaleko ludzi wysiadających z
samochodu - podbiegłam i poprosiłam o wezwanie policji. Podeszli ze
mną za krzewy i ... ucieszyli się. Oprawca, okazuje się, mieszka
również na naszym osiedlu, jest im znany i bicie żony jest swoistym
rytuałem w tej rodzinie. "Oni tak mają" - stwierdzili sąsiedzi,
podnieśli pobitą, zaprowadzili do domu (nie była w stanie przejść
przez płotek wysokości 40 cm, trzeba było ją przenieść). Odmówili
wezwania policji, bo "on zawsze ją bił i tak już jest". Poza tym
policja nie pomoże, bo damski bokser to były komendant policji i
koledzy mu nic nie zrobią. Osoba, która mi to mówiła
jest ...prawnikiem! Czekałam tylko, aż powiedzą, że ona to lubi! Nie
wiem dokładnie, gdzie mieszka ofiara z katem. Zadzwoniłam dziś do
naszego dzielnicowego, opisałam całe zdarzenie. Powiedział, że
zajmie się sprawą, wypytał o wszystkie szczegóły i wydawał się
bardzo zainteresowany, więc może tego nie zostawi. Powiedział, że
poradzi sobie z odszukaniem tych ludzi.
Zrobi coś czy nie, trudno, nie mam na to wpływu. Najbardziej
wstrząsnęła mną postawa sąsiadów - ludzi, którzy akceptują przemoc
tylko dlatego, że zdążyła się przez lata uprowomocnić w ich umysłach
a ich pomoc ogranicza się do pożartowania z oprawcą i zawleczenia
ofiary do domu. Nie rozumiem tego!