atowlasnieja
18.12.08, 19:01
Odgrzewam temat
W skrócie: całe życie nie znosiłam dzieci i jedyny cieplejszy
przebłysk zaczął się na trochę zanim zaciążyłam a skończył jak
gó...ara miała niewiele ponad pół roku.
Mąż i moja mama twierdzą zgodnie że ja "mam fanaberie" że mi się
TYLKO wydaje że ja nie lubie dzieci, że ja mam złote dziecko i
bluźnię marudząc, że smarkacz jest męczący... mąż woli zagadać się w
robocie z kumplami. Jak ja ustaliłam wyjście to leń nie raczył się
ruszyć. Poszłam sama bo myślałam że zwariuję z dzieciakiem w domu.
To przez dwa miesiące był "obrażony" że ja go porzuciłam.
W pewnym momencie mnie szantażował, że się zwinie "do mamusi" i
zostawi mnie z dzieckiem, bo w jego okolicy na pewno znajdzie sobie
fajniejszą pracę z lepszym dojazdem (bzdura, dojazdy by miał gorsze
a prace to może znaleźć wszędzie) a ja to zostanę, bo przecież się
nie ruszę z "miasta". Oburzała mnie wtedy myśl, że ON chce
zafundować małej rozbitą rodzinę, minęło pół roku, ponowił swoją
groźbę i... powiedziałam, żeby nie zapomniał spakować rzeczy małej.
Zamurowało go. Ale już nie powtarza swojej śpiewki (przestraszył
się, że mogę wystawić go za drzwi).
Z jednej strony wybrzydza, że ja się nie ruszam do roboty a z
drugiej twierdzi, że na wyjście towarzyskie ze mną zdecyduje się
dopiero jak mała będzie samodzielna bo nie da jej ani babci ani
niani ani do żłobka.
Mała mnie wkurza... Wrzeszcze na nią... Wiem, że kiedyś ją zleje
tylko za to, że jest... A za swoją największą porażkę zaczynam
przyjmować to, że mała mnie powoli oswaja... łamie mnie swoją
postawą... nawet jak ryknę przychodzi się do mnie przytulić a ja się
topię... Tylko, że ja jej nie kocham... ja ją zaledwie toleruję w
tych lepszych momentach, a pozatym to jej nienawidzę. Bo jest
dowodem na to, że się złamałam. Więc kiedy się jeszcze raz złamię i
ją poko... polubię znienawidzę jej jeszcze bardziej. Za to że mnie
jeszcze raz złamała.