Macie tak? Bo ja mam. Od lat probuje zrobic prawo jazdy, niby wszystkie
przepisy znam, wyjezdzilam chyba z 200 godzin na kursie i jazdach
doszkalajacych, z instruktorem jade super dobrze ponoc, nie szarzuje, nie
jezdze szybko, nie wyprzedzam bez potrzeby itd. Ale boje sie. Panicznie juz
chyba, boje sie wypadku. I chyba dlatego nawet nie podchodze do egzaminu. Auto
bardzo by mi ulatwilo zycie, wiadomo, dojazdy, podroze z dzieckiem. I tak
naprawde o dziecko najbardziej sie boje, ze moglabym wiezc corke, cos by sie
stalo, jakis wypadek, czy popelnilabym jakis blad i nie moglabym sobie tego
wydarowac.
Z drugiej strony widze, ze tylu ludzi, tyle babek, naprawde czasem mniej
ogarnietych ode mnie jezdzi, czasami bezwypadkowo nawet, wiec jednak da sie.
Wszyscy dookola, maz, rodzina, znajomi juz sie mnie czepiaja, zebym cos
zrobila z tym swoim lekiem, ze po prostu sama sobie demona wyhodowalam, i ze
po prostu musze zaczac jezdzic zeby nabrac praktyki i przestac sie bac.
Nie wiem juz, czy jestem jakas niemormalna w tej kwestii

czy moze jeszcze
ktos tak ma?