Witajcie dziewczyny, chciałabym Was prosić o opinię, choć pewnie
wydam Wam się durna jak but. Jestem w zwiazku z moim mężem od 10
lat, mamy dwoje dzieci. On jest pedantem do granic możliwości.
Na początku mi się to podobało, mój tata jest bałaganiarzem, więc
nagle facet, który po sobie sprząta, pucuje podłogi i zmywa, to było
COŚ.
Po ślubie, póki nie było dzieci, niesiona miłosnym entuzjazmem nie
widziałam problemu. Ale jak się pojawiły dzieci, zaczął się problem.
Dzieci nie mogą bawić się plasteliną, bo brudzi.
Nie mogą malować - bo jak wyżej.
Na stole nie może leżeć okruszek - bo jestem brudas.
Okruch na podłodze - jestem brudas.
Wraca z pracy i przypieprza się do wszystkiego, do krzywo leżącej
podkładki na stole, do pojedynczej zabawki zostawionej nieopatrznie
(!) na dywanie.
Wczoraj wieczorem gotowałam obiad na dziś. W sterylnie wysprzątanej
wieczorem kuchni jedynym mankamentem były ślady tłuszczu na
kuchence. Dziś rano miała przyjść zamawiana raz na kilka miesięcy
sprzątaczka (pracuję zawodowo i czasem biorę taką pomoc), skończyłam
gotowac o 21.30, więc myślę sobie: A huk z tym, przyjdzie rano o 8,
to umyje.
I co? Przyszedl o 22 i awantura, że jest brudna kuchenka, że ja
jestem brudas, że jak można tak zostawic i tak dalej.
Kurde, czasem zaczynam w to wierzyc po tylu latach wmawiania, że
jestem brudasem.
Napiszcie mi proszę obiektywnie o tej sytuacji. Ja już straciłam
zdolność oceny