volta2
30.04.09, 11:22
W rodzinie męża opowiada się cudną anegdotę o tym, jak to dziadek w
marcu przenosił panny przez kałuże.
oczywiście przenosił na bosaka, bo to lata powojenne były i butów
szkoda było niszczyć.
potem tak zupełnie niewinnie ktoś wspomniał, że po jednym z takich
przenoszeń dziadek zapadł na zapalenie płuc i był zszedł z tego
padołu, zostawiając żonę i 6 dzieci. najmłodsze miało 1,5 roczku.
i ja tak sobie myślę, że no pwenie, fajnie się po latach taką
fantazję wspomina, ale życie babci łatwe nie było, lat za dużo nie
miała jak owdowiała, a nikt się już na jej wdzięki nie połasił,
skoro 6 drobiazgu w domu.
no i teraz mój mąż - teoretycznie co ma do tego?
ano, tak sobie skojarzyłam jego sobotni powrót do domu.
miał wychodne, poszedł na wódkę, ok.
wrócił o 4-tej rano z kwiatami w dłoni, przywieziony i wprowadzony
na wysokie 4 piętro przez nieznanych nam 4 młodzieńców.
z rozmowy zorientowałam się tylko że spał sobie gdzieś na trawie,
więc go zabrali i dostarczyli do domu. wzięli jeszcze od niego
wizytówkę i na drugi dzień zadzwonili, czy wszystko w porządku.
w zasadzie to w porządku - tylko zaczęły mu płuca szwankować, głos
stracony, ogólnie chłop bez formy.
i tak sobie o fantazji porozmawialiśmy i automatycznie ten dziadek
mężowi się przypomniał, stwierdził więc z uśmiechem, że ma fantazję
po dziadku.
cholera jasna, tylko czemu mi się nie uśmiecha zostać wyrolowana jak
ta jego babcia? wiem, że już nie te czasy i na zapalenie płuc się
nie umiera raczej, ale od kosy pod żebro - to i owszem.
tak się poużalać chciałam...