Wszystko jest kwestią wyrobienia w dziecku właściwej postawy,
nauczenia przewiedywania zagrożeń i konsekwencji. Pokazywania, że na
świecie są zagrożenia i trudne sytuacje, takie których należy unikać
oraz takie, które mogą stanowić wyzwanie. Moje dziecko na bardzo
bezpiecznym placu zabaw zostawało od ok 3-4 r.ż., z tym, że stale
mogłam obserwować przez okno co się dzieje. Podwórko było szkołą
życia, rozwiązywania problemów, bo sporadycznie interweniowałam w
przypadku rówieśniczych problemów itd. Później zaczęły się wyprawy
do pobliskiego sklepiku, spacerki po okolicznych uliczkach. W
międzyczasie oczywiście "wprowadziłam" samodzielne zostawanie w
domu, najpierw na pół godzinki, obecnie nawet 3 godz., nauczyłam
dziecko robić kanapki (z użyciem noża

, piec ciasteczka (w gorącym
piecyku)itd. Teraz moja córka ma 9 lat i jest samodzielna i
rozsądna. Doszłam do tego nie bez bólu, bo jak każda matka czułam i
czuję strach, mam obawy, nie zawsze jestem pewna czy powinnam
pozwolic na to czy tamto, ale wiem, że to cena którą trzeba zapłacić
za wychowanie zaradnego dziecka. Swoich lęków nie powinno się
przenosić na dziecko. Czym innym jest uświadomienie zagrożenia i
pokazanie jak go uniknąć, a czym innym roztaczanie wizji
niekończącej się liczby nieuniknionych zagrożeń czyhających w każdym
miejscu i o każdej porze. Zdarza się, że obserwując panikujące
koleżanki mam wrażenie, że jestem lekkomyślna, nieodpowiedzialna
itd., ale wiem, że nawet chodząc z dzieckiem za rączkę do
osiemnastki, nie zapewnię mu pełni bezpieczeństwa.