Jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już chodzę podminowana, a to za sprawą mojej rodzicielki.
Ponieważ była z wizytą u rodziny w wiosce, gdzie byłam chrzczona, poprosiłam ją o załatwienie odpisu chrztu celem dokonania apostazji oczywiście. Kiedy dowiedziała się po co mi to, w słuchawce zapadła cisza. No ale dokument załatwiła.
Ale mamusia sprawę przemyślała i zadzwoniła do mnie z fochem i następującymi problemami do przedyskutowania:
- czy zastanowiłam się, co powie na to szwagier i siostra (wierzący)?
- po co ja to w ogóle robię? Bez sensu.
- a czy pomyślałam o tym, że ksiądz z mojej parafii, gdzie będę składać dokumenty zawiadomi tego, skąd brałam świadectwo chrztu i moja kuzynka będzie miała problemy? To wieś, wszyscy się znają. (w domyśle - jestem straszną egoistką i w ogóle nie myślę o innych)
Nie muszę dodawać, że się zagotowałam jak woda w czajniku i matka usłyszała parę cierpkich słów na temat hipokryzji, że co kto sobie na ten temat pomyśli, to jest tylko jego problem, nie mój i byłoby mi milej, gdyby bardziej przejmowała się mną, a nie kuzynką. Dodałam również parę luźnych uwag na temat tego, że nie żyjemy w państwie totalitarnym i wyznaniowym i naprawdę nie muszę się przejmować jak moje wybory światopoglądowe i religijne wpłyną na kuzynkę mieszkającą 500 km ode mnie.
Nie oczekiwałam wybuchów radości, ale z tą kuzynką... no litości.. a ja myślałam, że to u księdza będę miała bieg z przeszkodami. A to zdaje się dopiero początek
No dobra, wygadałam się, już mi się łapy nie trzęsą