hauki
14.01.07, 21:42
Widzę na forum Trójmiasta masę wpisów, jak to tu wspaniale, pięknie, kraina
mlekiem i miodem płynąca. Ja wiem jak jest naprawdę, bo bywam co dwa miesiące
średnio od dwóch lat i miałem okazję wiele tych "atrakcji" poczuć na własnej
skórze i obejrzeć od zaplecza również poza sezonem. Dla wszystkich megalomanów
i tych ciekawych "jak tu jest, bo się przeprowadzam?" trzy historyjki:
1. Mój brat mieszka od dziecka w Szczecinie. Chciał kupić dziewczynie
samochód, a że się świetnie na tym zna, miał upatrzony rocznik, model itp.
Znalazł taką megankę w Gdańsku, zadzownił. Oczywiście facet opowiadał, że
samochód jak spod igły wszystko OK, bezwypadkowy, wręcz nówka. Brat z
dzieckiem i dziewczyną zabrali się pociągiem, na dworcu gość ich odebrał, po
czym zaliczył pierwszego zonka. Brat w Gdańsku ma dwa znajome, fachowe
warsztaty i kazał facetowi wybrać. Pojechali, sprawdzali ponad trzy godziny.
Przesunięte osie, ława, walnięty w Tira lub drzewo, dramat w silniku,
przekręcony licznik itp. Stary cinkciarz i rozpruwacz kontenerów zmył się jak
obrażony cham bez słowa. Było już za późno na powrót do Szczecina, więc
pojechali przenocować do cioci dziewczyny - rodowitej sopocianki. Po
usłyszeniu historii ciocia powiedziała: "Dlaczego do mnie nie dzwoniliście i
nie pytaliście? Przecież tutaj nikt z mieszkańców nie kupuje samochodu
używanego, bo niemal wszyscy oszukują i naciagają". Kupili za dwa dni taki
model od z pierwszego ogłoszenia w Koszalinie - wszystko uczciwie.
2. Drugi brat jest z małego miasteczka na lubelszczyźnie, studiował w Krakowie
i tam pracował. Dostał ofertę od konkurencji i przeprowadził się do Gdańska z
żoną. Spotkaliśmy się i rozmawialiśmy któregoś razu, jak mu się mieszka. Jego
opinia: "Człowieku, to totalna porażka. Jarmark dominikański, o którym trąbią
wszędzie, to jakaś parodia - kilka kramów z tandetą. Ludzie nieprzyjaźni i
niesamowicie leniwi. Leżą dziewięć miesięcy do góry brzuchem, bo są
przekonani, że w wakacje wyczeszą i natną turystów na mnóstwo kasy, więc po co
się starać i pracować ciężko. W porównaniu z Krakowem, nocnym życiem i
charakterem miasta, to 3miasto to totalna wieś".
3. Ja sam jestem warszawiakiem, ale żonę mam z Gdyni. Ślub braliśmy we
Władysławowie, bo nie uważam, żeby w Gdyni którekolwiek z miejsc zasługiwało
na zapłatę, jaką sobie krzyczeli, a za jaką mogę sobie opłacić imprezę w
nowoczesnym hotelu pięciogwiazdkowym w Wwie (naprawdę!). Facet, który miał
pensjonat, to mieszkaniec Gdyni, więc kryłem się z moim miastem, bo wiem, że
drażni. Szczególnie zakompleksionych prostaczków, co to nosa za Tczew nie
wyściubili. Ale w końcu, po dograniu szczegółów, mu powiedziałem. A facet: Tak
czułem. Ja was strasznie lubię, takich prawdziwych warszawiaków, nie tych
cwaniaczków ze wsi podwarszawskich. Konkretnie, z klasą, bez oszustwa,
ściemniania, szybko i na temat. Powiem Panu w zaufaniu, że ja zawsze wolę Was
gościć u mnie, niż tych skąpych Kaszubów, co chcieliby za 100 złotych mieć
luksus z Paryża i nawet po podpisaniu umowy męczą mnie, żebym im te dwa złote
spuścił z 200. Niestety muszę im ze dwie komunie i wesela odżałować w sezonie,
bo mnie by inaczej podpalili". Oczywiście koparę miałem do ziemi.
Żeby nie było, znam kilku młodych, dynamicznych, wykształconych, fajnych
mieszkańców Gdyni, na poziomie z aspiracjami. Ale nie pasują mi jakoś do
tamtego regionu i sami zresztą nie wiążą z nim swej przyszłości. Z tego, co
wiem najchętniej przenieśliby się do Wwy, Poznania lub za granicę. Miłego
tygodnia, pohamowania w miłości własnej i więcej niż jednej toalety
(koedukacyjnej, na kluczyk z kiosku) dla aplikantów w urzędzie miejskim w
Gdyni.