Gość: Rosa*
IP: *.*
30.11.02, 01:56
To ja- wieczna idiotka bez szans na resocjalizację. Kobieta, która ma zamiar rozwieść się z mężem, a pozew od dwóch miesięcy leży w aktówce. Osoba nigdy nie tracąca nadziei- choć rozum jak najbardziej. Żona, która po raz kolejny probowała rozmawiać z mężem. I po raz kolejny dochodzi do wszystkich wniosków powyżej. A mąż?Nie kocha, ale nie chce się rozwodzić- bo może się zmienię. Na miłość trzeba zasłużyć. Nie zależy mu na rozwodzie, bo kocha dziecko. Mój pozew (2267 zł alimentów specjalnie zawyżonych pod kątem sądu, z nadzieją na 1500 zł na mnie i dziecko przy dochodach męża będących czterokrotnością tej sumy) to próba wyłudzenia pieniędzy i pazerność. Rzowalilam mu wszystkie przyjaźnie, zmieniłam się, ale to pewnie podpucha. Jest pewien, że jeśli tylko troche popuści, to znów stanę się agresywna słownie i zacznę się z nim klócić. Nie zależy mu na mnie. Nie zmieni się. Był świetnym męzem. Zniszczyłam nasze małżeństwo i jego miłość. Zmiany we mnie następowały zbyt wolno. Nie rokuję- ale możemy pozostać małżeństwem bo a nuż za pięc lat... Widzi, że się miotam, że mi na nim zależy. Taką widać mam konstrukcję psychiczną, bywa. Ale co on może mi na to poradzić? Gdybym okazała mu, że go kocham- to może znów by mnie zaczął kochać.Dziewczyny. Gdzie lezy granica? Naprawdę nie wiem, nie piszę tego przez kokieterię. Kiedy należy powiedzieć :dość ?Co jeszcze można zrobić- oprócz terapii, pracy nad sobą, luzowania w wielu drażliwych kwestiach (od znajomych po obowiązki domowe, poprzez oduczenie się histeryzowania)? Ja go chyba jeszcze kocham- miłością głupią, wierną i bez szans na jego zmianę, czy choćby autorefleksję. Jednocześnie czuję, że będę musiała,(tak, MUSIAŁA) złożyc ten pozew- bo nie mogę tak żyć. Z wieczną cierpliwością i czekaniem na powrót jego miłości- co może przeciez nigdy nie nastąpić. Tyle rzeczy się wydarza, tyle spraw. I zawsze widzę (tak wyraźnie dopiero od kilku miesięcy) jego egoizm i brak chęci do walki. Bo on nie chce walczyć, jest mu wszystko jedno. Mnie niby też, ale wciąż mam skrupuły- a może za mało z siebie dałam, za mało walczyłam, małżeństwo jest przecież na dobre i na złe. Pozbyłam się już honoru i dumy- żadna to ujma prosić o takie rozmowy, w końcu chodzi o ROZWÓD, nie o kupno nowego garnituru. Ale nic z tego nie wynika, wciąż czuję się winna. I nie wiem, kiedy zaczyna się granica "Teraz JA, a nie ON".Piszę to wszytsko na świeżo, rozmawialiśmy przed chwilą. Był tu już jeden post mojego autorstwa na ten temat, ale widać jeden kubeł lodowatej wody to za mało jak dla mnie. Miłośc nie wygasa tak nagle, przynajmniej w moim przypadku. Myślałam, że może cos się zmieniło, a to było tylko myślenie życzeniowe.Dzięki Tym, które dotrwały do końca. Przepraszam, ale musiałam to z siebie wyrzucić. Jeśli ktos ma ochote dowalić mi łopatą i pozbawić resztek złudzeń- niech pisze. Naprawdę tego potrzebuję, rzeczowej oceny a nie glaskania po główce.pozdrawiam-rosa