Drogie Mamy, pomocy!
Syn ma 4,5 miesiąca. I boi się... wszystkiego. W domu rewelacja, zadowolony, pogodny ale wystarczy wyjść z klatki i jest wrzask. W samochodzie, wrzask. W sklepie, wrzask. Wszędzie wrzask.
Prawdopodobnie, wbilismy sobie gola do własnej bramki --> po urodzeniu przez pierwszy okres ograniczaliśmy mu nadmiar bodźców (głośny telewizor, rażące światło etc). Podejrzewamy, że teraz jakiekolwiek wyjście, budzi w nim strach. Przykładowa sytuacja z wczoraj, wchodzimy do sklepu: kręcący sie klienci, zapachy, kolory, muzyka w tle, światła - synek zamiera na krótką chwilę, oczy jak cebule, po czym zaczyna zachodzic sie od płaczu.
Czy można coś z tym zrobić poza przeczekaniem? O ile w ogóle minie samo.. Czy któraś z Was miała podobny problem? Jak pomóc mojemu dziecku przekuć lęki na ciekawość? Trzymam go blisko siebie, robie co mogę, żeby czuł się bezpiecznie - nic nie pomaga. Po powrocie do domu, właściwie od progu jak ręką odjął - uśmiechnięty i szczęśliwy.
Tylko my, rodzice, załamani. Bo nawet na spacer nie można wyjść.. i to bynajmniej nie po mieście, ale po lesie - cisza, spokój i drące się na cały regulator niemowlę...