Zastanawia mnie ostatnio jedna kwestia i ciekawa jestem, co o tym myślicie.
Lansuje się pogląd, że to dorosły decyduje, stawia granice dziecku... Jak więc powinna wyglądać taka zwyczajna czynność jak wychodzenie z przedszkola?
Obserwuję postawy tak przeróżne, że już sama nie wiem, czy w tej kwestii również powinny istnieć jakieś granice i jak powinny być stawiane.
Jedni rodzice mają dzieci tak wyuczone, że gdy tylko staną w drzwiach, dziecko odkłada zabawkę i wychodzi. Inni wchodzą, dziecko czasem jedynie za namową pań do nich podchodzi i oznajmia, że chce jeszcze zostać, po czym rodzic mówi "dobrze, to ja tu poczekam" i stoi pod salą, nawet i godzinę... W przedszkolu mojej córki przyjęte jest, że dziecko ma podejść i zapytać rodzica, czy może jeszcze zostać i ile czasu, do tego zachęcają panie, ale czasem rodzice nie podejmują takich prób, lecz albo stoją właśnie pod tą salą, pozwalają dzieciom decydować ile one jeszcze mogą tam siedzieć (czasem do zamknięcia przedszkola...) albo biorą dziecko za rękę i wyprowadzają je na siłę... Inni przynoszą dziecku niespodziankę, która sprawia, że dziecko idzie z nimi do szatni... Ale potem tam siedzi z rodzicem przez godzinę... Są i tacy, którzy najpierw przed salą, a potem w szatni i na placyku spędzają z dziećmi długie godziny, nie potrafiąc dziecka skłonić do tego, by dało się ubrać...
Jak to jest? I jak być powinno?