Dodaj do ulubionych

"młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić

09.09.05, 11:02
Witam wszystkie mamy.
Zauważyłam że wiele z Was boryka się z problemem "młodzieńczego buntu"
Waszych pociech. Ponieważ mnie udało się zapobiec temu zjawisku zapraszam
zwłaszcza młode mamy kilkulatków do dyskusji jak temu zaradzić aby w
przyszłości Wasze dzieci nie przechodziły gwałtownie okresu bunt.
Obserwuj wątek
    • melmire Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 09.09.05, 13:17
      Chyba niewiele da sie zrobic, to normalny etap rozwoju. Chyba lepiej by sie
      pobuntowal, niz zeby mlodego czlowieka zlamac?
      • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 09.09.05, 13:31
        Mocno się z Tobą nie zgodzę. Łamie się charakter jamnikowi, natomiast dziecko
        można tak wychować że przejdzie okres młodzieńczego buntu bez ekscesów i
        nadwyrężania więzi rodzinnych. To miałam na myśli zakładając wątek. Ponieważ
        wiem że to możliwe więc chętnie podzielę się własnymi doświadczeniami.
        Nie wyobrażam sobie żeby doskonali rodzice małych dzieci godzili się bez walki
        na to że w pewnym momencie stracić kontakt uczuciowy z własnym dorastającym
        dzieckiem. Gdyby podchodzić do wszystkiego na zasadzie "tak jest i tak ma być"
        to nadal tkwilibyśmy w jaskiniach.
        • verdana A czy trzeba zaradzać? 09.09.05, 15:00
          Bunt nie oznacza utraty kontaktu uczuciowego! Dziecko moze uwielbiać rodziców, a
          i tak się buntować, ponieważ ma inne spojrzenie na życie, inny sposób spedzania
          czasu, inne priorytety.
          Moje dzieci tez się nie buntowały i nie buntują. Ale ja nie osmieliłabym sie
          dawać rad (niektóre dzieci buntuja się słusznie i nie jest dobrze, aby temu
          zapobiegać). Nie jestem tez pewna, czy jestem tak do końca przekonana, że
          absolutny brak buntu jest dla młodziezy dobry. Dla rodziców - jak najbardziej.
          Jest niezwykle wygodnie mieć idealne dziecko, co wybiera drogę zyciową rodziców
          ( kierunek studiów tatusia na uczelni państwowej, kierunek studiów mamusi na
          prywatnej), zaopiekuje się młodszym rodzeństwem, i ubiera się zgodnie z gustem
          rodziców ( u mnie nietypowo bo ja najbardziej lubię glany, kolczyki, czarne
          ubranie i ogólny luz).
          Dla mnie super - ale czy dla moich dzieci także? Celem życiowym młodziezy nie
          jest sprawiać przyjemność rodzicom, tylko wybrac własna drogę. Czaem w zgodzie z
          rodziną, a czasem na drodze buntu.
          • inna57 Re: A czy trzeba zaradzać? 09.09.05, 15:40
            Chyba nie do końca się zrozumiałyśmy. Wcale nie chodzi mi o metodę na
            zniewolenie własnego dziecka. Ty przecież znalazłaś sama metodę na to jak
            łagodnie przejść przez burzę hormonów u dzieci. Nie uważam że modelowanie
            dzieci wedle zapotrzebowania rodziców to jest coś co można polecić. Właśnie to
            jest najgorsza metoda, to nie są idealne dzieci to "rodzicielskie kalki".
            Tak chętnie młode mamy sięgają po rady "zaklinaczki dzieci", a może my mamy
            które mają za sobą ten drugi trudny okres w życiu naszych dzieci stworzymy
            katalog dobrych rad które sprawdziły się w stosunku do naszych dzieci.
            Nie wyobrażasz sobie że można coś zaradzić w chwili kiedy bunt zaczyna
            przeradzać się w agresję a zrozpaczona matka zaczyna krzyczeć że "nienawidzi
            własnego dziecka" przecież ona go ciągle kocha tylko straciła z nim kontakt,
            często nie z wlasnej winy.
            Tobie się udało, gratuluję, teraz pora pomóc innym.
    • nangaparbat3 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 09.09.05, 15:20
      inna57 napisała:

      > Witam wszystkie mamy.
      > Zauważyłam że wiele z Was boryka się z problemem "młodzieńczego buntu"
      > Waszych pociech.
      Słowo "pociecha" w odniesieniu do dziecka jest dla mnie nie do przyjęcia.
      Zastanow się nad jego pierwotnym znaczeniem. Uzywajac go, redukujesz osobe do
      funkcji uszczęsliwiania rodziców.

      Ponieważ mnie udało się zapobiec temu zjawisku zapraszam
      > zwłaszcza młode mamy kilkulatków do dyskusji jak temu zaradzić aby w
      > przyszłości Wasze dzieci nie przechodziły gwałtownie okresu bunt.
      Jesli Tobie sie udalo zapobiec i chcesz opowiedzieć o tym, w jaki sposob, to
      opowiedz. Jak opowiesz, bedziemy wiedziały, o czym dyskutować.
      • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 09.09.05, 16:35
        Witam
        Moim zdaniem główny problem polega na tym że tak szybko tracimy z dzieckiem
        kontakt. Malec idzie do przedszkola, do zerówki, do szkoły a my szybko
        usprawiedliwiamy swój brak całkowitego zaangażowania bo jest pani
        przedszkolanka, nauczycielka, wychowawczyni. To błąd, dotąd to my byliśmy
        idolami i autorytetami a jeżeli chcemy nimi pozostać nie możemy odpuścić bo
        jest ktoś inny. Inna ważna lekcja to od najmłodszych lat uczenie szacunku dla
        drugiego człowieka, i wcale nie należy tego rozumieć że dziecko ma nas szanować
        a my jego to już nie, szacunek musi być bezwzględnie wzajemny.
        Musimy też umieć słuchać naszego dziecka (dziwna konstrukcja gramatyczna), ono
        tak bardzo chce się z nami podzielić swoimi przeżyciami, jeżeli zacznie odbijać
        się od ściany "nie przeszkadzaj" "zobacz jaki tata zmęczony" "robię coś" to za
        którymś razem się zniechęci.
        Ja wiem powiecie że jestem fantastka, ale pomyślcie czy nie lepiej zmienić
        pracę na wymagającą mniejszego zaangażowania, dziecko bez dodatkowej zabawki,
        modnego ciucha, jeszcze jednej porcji lodów przeżyje, bez matczynego i
        ojcowskiego ciepła zginie. Zastosowałam to warto było. Dziś mój syn wyróżniony
        absolwent bardzo dobrej uczelni zrezygnował z bardzo atrakcyjnej propozycji
        pracy na rzecz tego aby móc więcej czsu poświęcić swojemu małemu synkowi, nie
        żałuje swojej decyzji wie że można się cieszyć nie tylko z błyskotek ale i ze
        zwykłych codziennych sukcesików małego człowieczka.
        Nigdy nie ingerowałam ani w sukcesy czy porażki szkolne, w wybór szkoły
        średniej, potem studiów wyższych (pierwszy strzał nie trafiony). Znałam jego
        przyjaciół i zarówno mój syn jak i jego grono znajomych wiedzieli że można do
        nas przyjść po radę, pomoc, podpowiedź.
        Nie byłam ambitna za syna, przez szkołę podstawową przeszedł jak chciał z
        jednych przedmiotów lepiej z innych gorzej. Dopiero w ostatniej klasie
        podstawówki ponieważ chciał dostać się do super liceum sam rzucił się do nauki.
        Zdał egzamin konkursowy śpiewająco, cieszyliśmy się jego sukcesem.
        Dla dzieci trzeba mieć czas zawsze bo nigdy nie wiadomo kiedy przyjdzie ten raz
        kiedy odesłane "na później" straci ochotę na kontakt z nami.
        Nigdy nie narzucałam synowi swojego zdania, mogłam przekazać sugestie,
        podzielić się własnym doświadczeniem ale ostateczna decyzja należała do niego.
        Ponieważ zdawałam sobie jakie pokusy czekają na młodego człowieka umieliśmy
        rozmawiać o zagrożeniach jakie niosą ze sobą narkotyki, alkohol, papierosy
        (poskutkowało).
        Dla nas dekalog norm moralnych nie był pustosłowiem, chociaż jesteśmy osobami
        niepraktykującymi to nie przechodziło u nas żadne kłamstwo, nawet najgorsza
        prawda jest lepsza od pięknego kłamstwa to dewiza którą się kierowaliśmy
        wychowując syna.
        Przepraszam piszę trochę chaotycznie ale zostałam "wywołana do tablicy"
        Pozdrawiam
        • nangaparbat3 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 09.09.05, 22:25
          No to ja sie zgadzam z tym, co piszesz.
          Poza tym, ze czasem to potworne zapracowanie jest koniecznoscią, bo nie starcza
          na zycie. Zazdroszczę Twojemu synowi, że miał wybor. Nie każdy ma.
          • lidqa Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 10.09.05, 08:34
            smile akurat twoj syn byl jedynakiem tak?

            Moja mama miala nas 2. I mielismy super kontakt z nia i ze soba. Do dzis w
            rodzinie wszyskto jest omawiane. I ja przeszlam ten okres buntu dosc
            przyzwoicie, troche czasem pokryczalam i tyle. A moj brat ...

            wydaje mi sie ze wszystko zalezy od dziecka, jego osobowosci, podatnosci na
            wplyt ze strony srodowiska (w zyciu nastolatka koledzy sa baaaaaardzo wazni),
            wlasnie tego w jakim jest srodowisku kiedy zaczyna dojrzewac itd itd. Ja nie
            wierze ze dziecko jest w chwili urodzenia tabula rasa i ja je sobie wychowam
            jak bede chciala. On ma jakąs osobowosc jtorej wychowanie nie zmieni, wiec
            raczej powiedzialabym ze trzeba dziecko wychowywac najlepiej jak umeimy,
            utrzymywac wiezi i liczyc na to ze jak zacznie dojrzewac jakos to pojdzie...
            • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 12:00
              Witaj.
              Tak mój syn był jedynakiem i dołożyłam wszelkich starań aby mu to nie wyszło na
              złe.
              W pewnym okresie też trafiło mu się niezbyt ciekawe towarzystwo, ale kiedy
              usiedliśmy, pogadaliśmy, poprosiliśmy żeby ocenił swoich kolegów patrząc na to
              z boku przyznał nam rację. Szczęśliwie obiektywizmu w ocenie sytuacji nigdy mu
              nie brakowało.
              Ja swoją metodę wychowawczą nazwałam kiedyś "Długą smyczą". Ja trzymałam ją w
              ręku i zawsze wiedziałam co się dzieje na jej drugim końcu. Jej długość była na
              tyle odpowiednia że syn nigdy nie odczuł że jest w jakikolwiek sposób
              kontrolowany.
              Przyznaję Ci rację rodząc się każdy z nas jest inny, nie jest czystą księgą,
              ale mamy szansę żeby dopisać do niej nowe rozdziały. Nie wolno nam z tego
              pochopnie zrezygnować.
              Pozdrawiam
              • lidqa Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 13:16
                Tak mój syn był jedynakiem i dołożyłam wszelkich starań aby mu to nie wyszło na
                >
                > złe.
                nie dlatego pytalam, chodzilo mi o to ze czasem masz dwoje albo troje dzieci i
                te same metody wychowawcze a efekty skrajnie rozne niestety sad
              • nangaparbat3 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 20:31
                dziwne z ta smyczą - jakos mnie niepokoi
                • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 14:14
                  Ja nie widziałam nic dziwnego że syn dzielił się ze mną tym co było w
                  przedszkolu, szkole na podwórku, chętnie przedstawiał mi swoje nowe kolekcje,
                  zapraszał na zawody sportowe gdy startował. To właśnie była umowna "smycz", on
                  się poprostu dzielił ze mną swoim światem a ja nie ingerując potrafiłam ocenić
                  czy ten świat jest bezpieczny. Bo jeśli dziecko robi ewolucje na drabinkach i
                  wkroczę z interwencją "nie rób tak bo zrobisz sobie krzywdę" to będzie głupota,
                  ale jeśli uprzedzę go we właściwym momencie o skutkach narkomanii to mogę to
                  sobie zapisać jako zasługę. Tylko że jeżeli nie nawiążemy z dzieckiem kontaktu
                  (właśnie "smyczy") to nigdy nie wpadniemy na pomysł na to czy to już czas mówić
                  o takim czy innym czychającym za rogiem potworze.
          • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 11:50
            Witam
            Uważam to za największy dramat, że nie macie wyboru. Sytuacja ekonomiczna
            rodziny to niestety jeden z elementów jej szczęścia. Ale często bywa tak że w
            pogoni za dobrami materialnymi z których można na jakiś czas zrezygnować
            zostawiamy nasze dziecko z tyłu. Ono za rodzicami nienadąży, nie ma szans, ono
            potrzebuje ciepła tu i teraz a nowy telewizor, futro, kanapę można kupić za
            kilka lat zapewniam Was nic się nie stanie. Bez super modnych butów, torebki,
            sukienki mama będzie dla dziecka ciągle tak samo atrakcyjna. Może to dziwna
            filozofia ale mnie się sprawdziła.
            Oczywiście zgadzam się że jeżeli nie starcza na "życie" to głównym zadaniem
            rodziców jest zaspokoić godny byt, tylko nie każda błyskotka przybliża nas do
            godności.
            Pozdrawiam
            • verdana Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 12:45
              Wiesz, ja mam troje dzieci - i tylko osoba, która wychowała wiecej niż jedno
              dziecko wie, ze nie ma absolutnie jednej dobrej metody, która się sprawdza dla
              wszysstkich dzieci. To nie działa w ten sposób.
              Zresztą wiekszość rodziców nie pracuje na kanapę i futro, tylko na to, żeby dać
              dzieciom jeść i zapewnić im mozliwość startu w życie. Moe pobyć więcej z
              dziećmi, ale wtedy nie pojadą już nigdy na wakacje, będą musiały zrezygnować ze
              studiów, dodatkowej nauki języków itd. Nie wiem, czy takie życie, szczególnie
              dla starszych nastolatków (wymieniam obecność mamy na szanse na studia) to taka
              super atrakcja.
              • inna57 Re: Verdano 12.09.05, 15:16
                verdana napisała:

                > Wiesz, ja mam troje dzieci - i tylko osoba, która wychowała wiecej niż jedno
                > dziecko wie, ze nie ma absolutnie jednej dobrej metody, która się sprawdza dla
                > wszysstkich dzieci. To nie działa w ten sposób.

                Verdano
                Jesteś nauczycielką i potraktowałaś mnie jak typowy belfer - twój syn jest
                jedynakiem, nic nie wiesz, siadaj dwója.-
                Tylko że ja wychowałam więcej niż jedno dziecko. Syn jest jedynakiem ale po
                drodze miałam też wychowanicę (tak wypadło z układów rodzinnych)

                > Zresztą wiekszość rodziców nie pracuje na kanapę i futro, tylko na to, żeby
                dać
                > dzieciom jeść i zapewnić im mozliwość startu w życie. Moe pobyć więcej z
                > dziećmi, ale wtedy nie pojadą już nigdy na wakacje, będą musiały zrezygnować
                ze
                > studiów, dodatkowej nauki języków itd. Nie wiem, czy takie życie, szczególnie
                > dla starszych nastolatków (wymieniam obecność mamy na szanse na studia) to
                taka
                > super atrakcja.

                Wybacz ale podchodząc w ten sposób to mój syn powinien skończyć podstawówkę +
                ewentualnie jakąś zawodówkę a nie prestiżowe studia, nie znałby 4 obcych
                języków, a zna. Nauczyliśmy się razem i dzięki temu nie ma żadnych problemów
                gdziekolwiek się nie znajdzie na świecie, bo nauka przez zabawę w przyjaznej
                domowej atmosferze może być dużo lepsza niż lekcje na siłę zgodnie z ambicjami
                rodziców.
                Na wakacje wyjeżdżaliśmy zawsze i te rekreacyjne i te zdowotne. To tylko
                kwestia właściwego dysponowania nawet skromnym budżetem. Trzeba tylko umieć coś
                więcej niż to czego nauczą na studiach i mieć plan na życie.
                Ja mówię o umiejętnym kreowaniu z dziecka człowieka, do każdego należy podejść
                indywidualnie.
                A jak już tak bardzo chcesz wiedzieć czy moje metody się sprawdzają to pochwalę
                się że w zeszłym roku moje dzieci (syn i synowa) poprosili o pomoc w
                załagodzeniu "młodzieńczego buntu" u mojego przyszywanego wnuka i wiesz co
                udało mi się po dwóch tygodniach wakacji wróciłam z zupełnie innym "facetem".
                Każdego można zmienić, trzeba go tylko do każdego podchodzić z należnym mu
                szacunkiem.
                Mój syn kiedy był w wieku "młodzieńczego buntu" kiedy coś przeskrobał zwrócił
                się do mnie z prośbą "a nie mogłabyś tak poprostu na mnie nawrzeszczeć"
                odpowiedziałam mu wtedy "nie, bo podnosząc na ciebie głos okazałabym własną
                bezsilność, a nie jestem bezsilna". Nigdy więcej nie wystąpił z taka
                propozycją, szanowaliśmy się wzajemnie ja rozumiałam jego "burzę chormonów" on
                szanował moją matczyną miłość.
                Pozdrawiam

                A z dysortografią mój syn też sobie poradził.
                >
                • verdana Re: Verdano 12.09.05, 15:31
                  Pudło. Nie jestem nauczycielką.
                  I chyba żyjemy w innych swiatach. W moim sa ludzie, którzy ze "skromnego
                  budzetu" nie są w stanie wygospodarować na chleb dla dzieci, a nie na wakacje.
                  Widocznie Twoje rozumienie skromnego budżetu i moje różnią się w sposób diametalny.
                  Nie jestem w stanie w "warunkach domowych" nauczyć moich trojga dzieci języków,
                  bowiem zadnego nie znam w dostatecznym stopniu. A nawet gdybym znała, to powiedz
                  mi kiedy? Czas poswiecony na nauke jednego, to przecież czas zabrany dwojgu
                  pozostałym (sa w róznym wieku - wspólna nauka nie wchodzi w grę).
                  Dlaczego uwazasz, że nauka poza domem jest na siłę, zgodnie z ambicjami
                  rodziców? Tak sie składa, że mój sym marzył o studiach, które wcale nie były
                  "moją ambicją". Jesli stawiamy na domowa naukę, to oznacza, że dziecko moze sie
                  rozwijać tylko w wyznaczonym przez nas kierunku. Bo w czym innym mu przecież nie
                  pomożemy. A to już duża strata.
                  I wybacz- zawsze mam podejrzenie do osób, które przedstawiają się jako idealne
                  matki, idealne babcie i idealne tesciowe. Ja tam nie jestem idealna - moje
                  dzieci to doskonale wiedzą i chyba dlatego nie mam z nimi większych kłopotów.
                  • inna57 Re: Verdano 13.09.05, 11:50
                    Verdano dobrze jest pamiętać co się pisze w postach. Nawet jeśli już nie jesteś
                    nauczycielką to kiedyś nią byłaś więc to nie było pudło.

                    "Autor: verdana
                    Data: 09.11.04, 18:56

                    --------------------------------------------------------------------------------
                    Ja jestem z obu stron. Jestem matką, a przez 9 lat byłam nauczycielką."

                    ------------------------------------------------------------------------------
                    Czyż to nie jest cytat Twojej wypowiedzi z forum "Rodzice"?

                    Może faktycznie żyjemy w różnych światach. Mój jest szczery, prawdziwy, nie ma
                    w nim miejsca na wrzaski na dzieci i wyładowywanie na nich własnych frustracji.
                    Jeżeli już zdecydowałaś się na posiadanie trójki dzieci to powinnaś wcześniej
                    posiąść umiejętności organizacji. Najłatwiej jest powiedzieć że się czegoś "nie
                    da zrobić". Tylko że w większości wypadków to zwykła wymówka nic więcej.
                    Mój syn miał zawsze możliwość świadomego wyboru i alternatywę, nigdy nie
                    kierował się naszymi ambicjami bo pozwoliliśmy mu w pełni świadomie mieć
                    własne. Niestety bycie rodzicem to coś więcej niż umiejętność mieszania kaszki
                    i zmiany pampersa. Rodzicielstwo to wieczna edukacja, trzeba znać i całki i
                    historię i budowę pantofelka i najnowsze przeboje i wiersze Brzechwy.
                    Nie jestem idealna bo ideały nie istnieją, ale założyłam sobie w życiu że będę
                    najlepszą z możliwych mamą i poświęciłam się temy celowi przy okazji robiąc
                    trzy fakultety, ale to już zupełnie przy okazji.


                    • verdana Re: Verdano 13.09.05, 12:45
                      Byłam nauczycielką raz w tygodniu, co było niezbyt lubiana przeze mnie
                      chałturą. Ale nigdy jakoś nie utozsamiałam się z zawodem nauczycielskim.
                      Zadziwia mnie Twoja pewność siebie. Nigdy w życiu nie odważyłabym sie
                      stwierdzić, ze mój świat jest szczery i prawdziwy, a Twój np. nie. Nie rozumiesz
                      jednak co to znaczy mieć wiecej dzieci... Mam umiejetność organizacji, ale
                      przeciez jest oczywiste, ze poswięcając czas jednemu dziecku, nie poświecę go
                      pozostałym? Że zarobienie na jedno to trochę co innego, niż na trójkę? Że nie da
                      się rozmawiać jednoczesnie np. z 18-latka i 10-latkiem, tak aby oboje mogli się
                      wypowiedzieć? A więc moje dzieci mają najwyzej 1/3 szans jedynaka na poświęcony
                      im czas. Nie odczuwam też potrzeby znajomości budowy pantofelka - ostatecznie
                      mam własną specjalizację, a szkoła do czegoś służy. Nie jestem zwolenniczką
                      "macierzyństwa totalnego" gdzie matka musi wiedzieć wszystko, umieć wszystko,
                      byc madrzejsza od wszystkich i wszystkim się zająć. Jestem gorąca zwolenniczką
                      jak najwczesniejszego usamodzielniania dzieci w tych dziedzinach, w których moga
                      być samodzielne (np. w wyszukaniu we własnym podreczniku budowy tegoż pantofelka).
                      A poza tym ja też jestem człowiekiem i mam ambicje. Nie będe rezygnowała z
                      ulubionej pracy, dla "dobra dzieci", choćby dlatego,że to "dobro" wydaje mi się
                      bardzo watpliwe w tym wypadku. Chocby dlatego, że dam córce fatalny przykład.
                      Nauczę ją, że jej życie kończy się, gdy zostaje matką - musi zrezygnować na
                      rzecz dzieci z tego co lubi, z ulubionej pracy, z własnego życia. Nie jest to
                      zachęta do zakładania rodziny...
                      Nigdy nie zakładałam, że będe "najlepszą mamą", ponieważ jest to cel absolutnie
                      niemożliwy do osiągnięcia. Ideałów nie ma. I tyle.
                      A poniewaz już pozwalamy sobie na pewne wyciecki osobiste powiem Ci, że ja
                      uważałabym za klęskę wychowawczą, gdyby moje dzieci nie potrafiły sobie poradzić
                      z własnym dzieckiem i ja musiałabym spieszyć z pomoca i "prostować drogi wnuka".
                      Dla mnie to pewien dowód na uzależnienie Twojego dorosłego dziecka od Ciebie, o
                      nieumiejetność prowadzenia przez dorosłe dziecko niezależnego życia.
                      Dla mnie celem wychwanie jest uczynienie z moich dzieci osób dorosłych,
                      niezależnych, które mogą prosić mnie o rady, ale ich właściwie nie potrzebują i
                      potrafią świetnie funkcjonować beze mnie i bez mojej aprobaty. W pewnym momencie
                      nawet "długa smycz" to za dużo. Smyczy w ogóle od pewnego wieku nie powinno być.

                    • nangaparbat3 Re: Verdano 13.09.05, 19:04
                      A wiesz, jak napisalaś, ze Verdana jest nauczycielka, oslupiałam - znam wiele
                      nauczycielek i Verdana w niczym ich nie przypomina (poza tymi, które są
                      wyjatkowe). Juz raczej o Tobie bym myslala, ze jestes pedagogiem.
    • judytak Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 13:24
      żeby dziecko nie przechodziło gwałtownie okresy buntu, trzeba to dziecko
      traktować jak człowieka plus dać odczuwać, że się go kocha
      ale jak to traktowanie i to dawanie odczuwać ma wyglądać, to już zależy od
      rodzica, od dziecka i od sytuacji
      bo jakbym ja ntp. zaczynała dziecko po kilka razy dziennie wylewnie zapewniać,
      że go kocham, to by pomyślało, że zwariowałam, albo że mówię, że kocham, bo nie
      kocham ;oD
      każdy ma swój styl, aby był autentyczny
      jeśli dziecko jest dobrze (główny wymóg: bezpieczeństwo emocjonalne)
      wychowywane do wieku, powiedzmy, 14 lat, to z "nastolatkowością" poradzi sobie
      w miarę sensownie (czyli: bez "wykolejenia się", bez uzależnień, przestępstw
      itp., co nie znaczy, że bez ostrego, czasowego konfliktu z rodzicami)
      oraz: nie chcę być idolem dla swojego dziecka
      autorytetem? w niektórych dziedzinach tak, do pewnego czasu tak, ale tylko do
      czasu, kiedy dziecko samo jest w stanie wyrobić sobie światopogląd
      10-letniemu dziecku już bez konsultacji nie kupuję ubrań, książki też z rzadka,
      bo ma gust (dobry gust, moim zdaniem) tak różny od mojego, że mi kosztuje
      poważnego wysiłku, żeby "utrafić"
      a trzylatek dokładnie wie, jakiego loda chce, albo którą bajkę na dobranoc ;o)
      co dopiero będzie później ....
      poza tym: z niecierpliwością czekam na to, żeby moje dzieci zaczynały się
      buntować po młodzieżowemu ;o)
      dyskusja z takim młodym, bezkompromisowym, bezinteresownym człowiekiem jawi mi
      się jako przygoda intelektualna rzadka do osiągnięcia w "letnim" środowisku
      znajomych, rodziny itp.
      oraz: owszem trzeba dziecko wysłuchać, trzeba dzieckiem się zająć, ale też
      trzeba dziecko uczyć, że nie każda jego potrzeba musi być ważniejsza, niż
      potrzeby innych, i nie każda musi być zaspokojona natychmiast, trochę czekania
      nie zaszkodzi, i ta nauka jak najbardziej przyczynia się do "ucywilizowania"
      buntu, kiedy ten ma nadejść

      pozdrawiam
      Judyta
      • verdana Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 13:28
        Święte słowa!
        • nangaparbat3 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 12.09.05, 20:38
          I ja się pod tym podpiszę.
    • d.orka Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 08:01
      O! Podobna reakcja e-mam, jak w przypadku innej pani, która również chciała się
      podzielić swym doświadczeniem z małymi dziećmi (nie pamiętam nicka).
      Pewnie postawa "mam patent, chętnie się podzielę" nie jest mile widziana...
      Może im trąci zadufaniem? A może e-mamy nie lubią gotowych recept? Nie
      wszystkie będą odpowiednie dla konkretnego osobnika. Ale miło podyskutować
      warto, a nie od razu krytykować na starcie nie do końca poznawszy poglądy
      rozmówczyni. Pewnie nawet się w dużej części pokrywają z Waszymi...
      • inna57 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 12:12
        Witam
        Jako założycielka wątku początkowo troszkę się zdziwiłam ale potem doszłam do
        wniosku że nadal w nas pokutuje pogląd że lepiej "na złość mamie odmrożę sobie
        uszy". Jednocześnie co chwila widzę post z błaganiem o tytuły książek o
        wychowaniu i jakoś nikt nie bierze pod uwagę że większość tych pozycji
        książkowych jest przeniesiona z innych kręgów kulturowych. Najlepszą szkołą
        jest umiejętna obserwacja doświadczeń innych i przenoszenie ich w miarę potrzeb
        na własne podwórko.
        Ja zawsze chętnie słuchałam innych i wyłuskałam z ich wiedzy i doświadczenia,
        najcenniejsze perły. A efekty no cóż niech oceniają inni .
        • judytak Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 13:13
          rzecz w tym, że odpowiadały tu nie te, które błagają o tytuły książek...

          no i jeszcze trzeba brać pod uwagę, że dla nikogo tu na forum nie jesteś mamą,
          oraz, że nie napisałaś absolutnie żadnych konkretów, których można by sobie
          łuskać...

          pozdrawiam
          Judyta
          • verdana A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 13:47
            Cały czas cos mnie nurtowało, nastawiało przeciw metodom "Innej" i chyba już
            wiem co. Przede wszystkim zdanie "Mój syn kiedy był w wieku "młodzieńczego
            buntu" kiedy coś przeskrobał zwrócił się do mnie z prośbą "a nie mogłabyś tak
            poprostu na mnie nawrzeszczeć"odpowiedziałam mu wtedy "nie, bo podnosząc na
            ciebie głos okazałabym własną bezsilność, a nie jestem bezsilna".
            Co to znaczy "nie jestem bezsilna"? Zawsze potrafię narzucić swoją wolę i
            spowodować, żeby dorastajacy człowiek sie jej podporzadkował?
            Sa rzeczy, na które nie mam wpływu. Wybór liceum. Wybór studiów. Wybór chłopaka.
            Nauka w szkole (może poza podstawówką, a i to nie wiem). Styl ubierania. Mogę
            tak długo. To są rzeczy, które mogą mi sie nie podobać, które mogę opłakiwać w
            nocy, ale ich nie zmienię. Nie odpowiadają mi z różnych względów studia, które
            córka wybrała. Nie podobał mi się jej chłopak, a za to ten, który mnie się
            podoba - jej niestety nie. Nie byłam w stanie zmusić najstarszego do nauki, póki
            sam nie zdecydował, ze zacznie się uczyć.
            W tych wypadkach moge się wściekać, przekonywać, nawet wrzeszczeć (no, o
            chłopaka to raczej nie). Ale dzięki temu moje dzieci zyją własnym życiem, ucza
            się dokonywac wyborów, robią to, co uważają za słuszne i dobre dla nich - a nie
            to co JA uwazam za słuszne i dobre dla nich.
            Owszem, jestm bezsilna w pewnych sprawach. I taką chcę pozostać.
            • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 14:05
              Jeżeli nazywasz umiejętność porozumienia się z własnym dzieckiem za błąd
              wychowawczy, no cóż pozostawię to bez komentarzy. Przecież porozumienie to nie
              to samo co narzucanie własnej woli. Każdy człowiek ma przyrodzoną wolną wolę i
              może ją swobodnie wykorzystać, jednym to wychodzi lepiej innym gorzej.
              A przy okazji odniosę się do Twojej poprzedniej wypowiedzi. Szkoda że nie
              przeczytałaś dokładnie mojego postu. Wyraźnie napisałam że chodziło nie o
              mojego 100% wnuka, choć traktuję go na równi z tym rodzonym. Wiesz jak trudno
              przekonać nastolatka który nagle dowiaduje się że mama wychodzi za mąż potem że
              mama będzie jeszcze czyjąś mamą. Nie dziwię się że podchodził do nowej
              rzeczywistości z bardzo dużą obawą. Dziś już o nic się nie boi ale potrzebny
              był ktoś stojący z boku żeby go do tego przekonać. Dziś już swoje dawne
              rozterki uważa za dziecinne wie że zyskał nie tylko tatę, braciszka ale i
              kochających drugich dziadków.
              Jeżeli to uważasz za porażkę mojego syna to wybacz ale dla mnie to abstrakcja,
              tym bardziej że to nie nasz syn ale my wystąpiliśmy z inicjatywą.

              A zawód którego się nie lubi i wykonuje choćby godzinę dziennie nadal pozostaje
              zawodem.
              Pozdrawiam
              • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 14:21
                Nie rozumiem co znaczy Twoim zdaniem "porozumieć sie z dzieckiem". Ja się mogę z
                nim porozumiewać, dyskutować, rozmawiać itd. ale ono i tak pozostaje przy swoim
                zdaniu. Robi coś, co wg. mnie jest niesłuszne, głupie, błędne (niepotrzebne
                skreślić). A więc - w moim rozumieniu jestem bezsilna - bo nie udało mi się
                zmienić jego postawy. To nie ma nic wspólnego z porozumieniem się. Chyba, że Ty
                przez "porozumienie" rozumiesz umiejętność zmiany w kazdym wypadku postawy
                dziecka na swoja własną. A to mi się nie podoba. A jeśli nie - to i Ty jesteś
                bezsilna w pewnych wypadkach...
                Uważam, że pewne sprawy (szczególnie dotyczace małżeństwa i dzieci) powinno sie
                umieć załatwić samemu, nie mieszając do tego mamy. Zresztą albo "traktujesz
                wnuka na równi z rodzonym", albo "stoisz z boku". Jednocześnie to raczej niemożliwe.
                I jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia. Gdzie w tym wszystkim jest ojciec?
                Rozumiem, że Twój syn jest wzorowym ojcem. Ale ty wzywasz do rezygnacji tylko
                matki - dlaczego? Czy nie uważasz, że jeśli się ma dzieci i ojciec i matka
                powinni zrezygnować ze swojej pracy, ambicji, chęci posiadania czegos
                ładniejszego i czasu dla siebie?
                Tylko po co mieć wtedy dzieci? Jesli dzieciństwo jest super, ale życie kończy
                się własciwie w momencie posiadania własnych dzieci? A co potem - gdy dzieci
                odejda z domu? Żyć nadal ich życiem?
                I czy naprawdę uważasz, że lepiej pozbawić jedynaka rodzeństwa i poświęcić mu
                100% uwagi, niż mieć mniej czasu i gromadkę dzieci? Ostatecznie nie tylko
                mamusia jest dla dzieci ważna - a w zyciu dorosłym może nawet bardziej liczy się
                kochajaca siostra czy brat, niż matka.
                • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 14:38
                  Nie staję się bezsilna jeżeli zrozumiem argumenty drugiej strony.
                  Nie ja zrezygnowałam z gromadki dzieci, to los za mnie zdecydował, pogodziłam
                  się z tym.
                  To że "stoję z boku" oznacza że nie wtrącam się do małżeństwa mojego syna, jest
                  dorosły i ma prawo do własnych decyzji. Mój stosunek do wnuków to z kolei moja
                  sprawa, a fakt że nie narzucam swoich metod wychowawczych dzieciom tylko
                  uzgadniamy wspólną linię postępowania to wiele forumowiczek uznałoby raczej za
                  zaletę niż wadę.
                  A kto ma rezygnować jeżeli już wogóle rezygnować (ja mówiłam o odroczeniu
                  pewnych mniej istotnych decyzji) to już niech się małżonkowie między sobą
                  dogadują, ja potrafiłam wiele rzeczy pogodzić ale niektórzy mogli by tego nie
                  potrafić i co wtedy?
                  • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 14:46
                    A jak nie rozumiesz i nie zgadzasz sie z argumentami drugiej strony? Nigdy Ci
                    sie to nie zdarzyło?
                    Nie oskarzam Cie, że nie masz wiecej dzieci. Ale musisz zrozumieć, że rodzice
                    wiecej niż jednego dziecka nie sa w stanie poświecić mu tyle czau, co
                    jedynakowi. To niewykonalne.
                    Czy dobrze zrozumiałam, że nie narzucasz swojej linii wychowawczej w stosunku do
                    wnuków swoim dzieciom? Czy chodziło Ci o Twoje dziecko?
                    W moim przypadku odroczenie decyzji (biorac pod uwage okolicznosci) trwałoby 29
                    lat. Sporo.
                    • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 15:25
                      A jak nie rozumiałam i nie zgadzałam się z argumentami drugiej strony to jeżeli
                      tylko konsekwencje nie zagrażały jej zdrowiu lub życiu to brałam rączki za
                      siebie oświadczałam że sama poniesie odpowiedzialność za to co robi i byłam w
                      tym bardzo stanowcza nie ważne czy dotyczyło syna czy wychowanicy. I wiesz co
                      szybko opanowali sztukę wsłuchiwania się w to co radzą inni, mogliśmy się nie
                      zgadzać, mogliśmy szukać kompromisu ale ze sobą ciągle normalnie rozmawialiśmy.
                      Zasmakowałam trudów wychowywania dwójki dzieci więc wiem że jest to czymś
                      innym niż wychowywanie jedynaka czy jedynaczki.
                      Nikomu nie narzucam swoich pomysłów na wychowanie, mogę się z kimś podzielić
                      własnym doświadczeniem ale to już zupełnie co innego.
                      • wieczna-gosia Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 15:39
                        a moze verdana tez tak robi, co nie oznacza ze nie czula sie bezradna jak dzieci
                        z uporem i poniszac konsekwencje robily i robia to, co jej sie nie podoba i na
                        co sie nie zgadza. A ty sie nie czulas bezradna? bycie stanowczym nie zaprzecza
                        poczuciu bezradnosci no ni?

                        Inna a kiedy ty sie zaczniesz w koncu tym doswiadczeniem dzielic. Bo na razie
                        udowadniasz verdanie ze se nie radzi i powinna ciebie posluchac. daj nam probke
                        poza ogolnikami pt nie tracilismy kontaktu.
                        • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:11
                          Gosiu
                          Źle mnie zrozumiałaś, wcale nie ganię Verdany. Fakt że mamy różne wizje na
                          sposób rozwiązywania sporów jest chyba jedyną zdecydowaną różnicą. Verdana
                          włożyła wiele w wychowanie swoich dzieci i zbiera tego całkiem dorodne owoce.

                          Głównie pragnę przekazać rodzicom tych jeszcze całkiem małych szkrabów że
                          późniejszy bunt ma swoje źródło właśnie we wczesnym dzieciństwie. Ty masz
                          problem w drug stronę, Twoja córka się nie buntuje mówisz że popada w
                          pracocholizm. Też taka byłam, nie miałam czasu na bunt, ciekawość świata mnie
                          pochłaniała, matura w wieku lat 15-stu, przy 19-stu już miałam magisterium,
                          kiedyś myślalam że chyba zgubiłam własne dzieciństwo, teraz wiem że i tak nie
                          zdążę wszystkiego się nauczyć, wszystkiego zobaczyć. Moi rodzice pomagli mi
                          podsuwając zamiast kolejnej książki kolejne zainteresowanie, bywanie z ludźmi i
                          wśród ludzi. Nauczyła mnie pełnej asertywności. Odnosiłam kolejne sukcesy nie
                          tracąc kontaktu z ludźmi.
                          Mój syn był zupełnie inny, wychowałam go bez przemocy fizycznej (nie licząc
                          dwóch klapsów), bez przemocy psychicznej. Czy naprawdę wiele osób nie rozumie
                          że dzieci powielają tylko zauważone zachowania. Jeżeli ktoś na nie kiedyś
                          nakrzyczał to one też kiedyś na kogoś nakrzyczą, w furii, złości, z
                          bezsilności. Dlatego nigdy nie podnosiłam głosu, słuchałam i mówiłam, starałam
                          się zrozumieć argumenty innych i bronić argumentów własnych.
                          Chyba najważniejsze w wychowywaniu to umiejętność słuchania innych i
                          umiejętność dzielenia się doświadczeniami w sposób który nie brzmi jak
                          pouczanie.
                      • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:05
                        I nie czułas się w tym bezradna? Tzn. nie było sytuacji, gdzie widzałas, jak
                        dziecko popełnia duży błąd, a Ty mozesz tylko patrzeć, a konsekwencje moga być
                        fatalne?
                        Mój najstarszy syn sie nie uczył. Sam ponosił konsekwencje, ale ja czułam sie
                        mimo to bezradna. Rozmowa nic nie dawała. On rozumiał moje argumenty, ale uczyć
                        sie nie zaczął (po fakcie okazało się, że to miał częściowo rację i w sumie
                        dobrze na tym dobrze wyszedł...)
                        Córka mojej znajomej postanowiła jechać sama autostopem do Afryki. Matka jest
                        bezradna. Dziewczyna pojechała, sama ewentualnie poniesie konsekwencje -
                        zagrażajace także życiu. Nie widzę tu możliwości manewru.
                        Niezwykle zdolny syn znajomych postanowił zakończyć edukację po podstawówce
                        (osmioklasowej). Nic nie zdołało go przekonać do zmiany postanowienia. Jak moga
                        sie czuć rodzice - bezradni, prawda? Nie bardzo pocieszał ich fakt, że syn traci
                        życiowe szanse i że sam jest sobie winien.
                        To mam na mysli mówiac o bezradnosci.
                        A to wszystko były własnie rodziny, o jakich mówisz - w jednej niepracująca,
                        poswiecająca się dzieciom matka, w drugiej pracująca, ale w pełni dyspozycyjna.
                        Widac to nie zawsze wystarcza.
                        • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:20
                          Masz 100% racji, ani poświęcenie ani dyspozycyjność nie gwarantują sukcesu
                          wychowawczego. Diabeł tkwi w szczegółach.
                          • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:23
                            No, to zaczynamy sie zgadzać...
                            • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:34
                              Wydaje mi się że zawsze się zgadzałyśmy tylko patrzymy na ten sam problem z
                              dwóch stron lustra.
                              • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:39
                                ?
                                Z jakich dwóch stron? To nie złosliwość, słowo - tylko nie rozumiem.
                                • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 16:48
                                  Ty patrzyłaś na sprawę z perspektywy potrójnego macierzyństwa (nawet nie wiesz
                                  jak Ci zazdroszczę)ja z perspektywy mojego jedynaka.
                                  Tylko problem nadal pozostaje problemem. Jak poczytałam posty tych matek które
                                  straciły kontakt ze swoimi dziećmi to nie potrafiłam już im nic odpowiedzieć,
                                  przecież nieszczęście już się stało, a zapobiegać mu trzeba jak dziecko ma
                                  3,7,10 lat a nie kiedy ma 15 i właśnie na nią wrzeszczy.
                                  • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 17:04
                                    A wiesz, ja mam trochę inne odczucia. Mam takie wrażenie, ze jeszcze tak do 3
                                    klasy rodzice interesują się dziećmi (nawet nadmiernie, moim zdaniem),
                                    kontrolują, odrabiają lekcje, dbają o dietę - nie wiem czy rozmawiaja, ale
                                    przynajmniej pytają o coś. I nagle, gdzieś tak w okolicach 4-5 klasy nagle
                                    uznają, że dziecko już nie potrzebuje opieki. I zaczynają "nadrabiać" to
                                    wszystko, co stracili przez ten czas - wyjazdy, wizyty, pracę zawodową. Co
                                    gorsza, pod wpływem idiotycznych publikacji nastawiają się na "bunt" i każdą
                                    samodzielną opinię dziecka, albo inne zdanie na jakis temat, niechętne zdanie
                                    interpretują jako "pyskowanie". Jakoś rodzice nie mają pomysłu, jak zastąpić
                                    opiekę kontaktami ze starszym dzieckiem.
                                    Moim zdaniem kryzys zaczyna się trochę później - własnie w wieku 10-11 lat,
                                    kiedy dziecko nie jest już "słodkie" i "potulne" tylko staje się wyraźną,
                                    odrębną osobowoscią. Rodzice, którzy nawet wiele poświecili, opikuńcze,
                                    niepracujące matki przestają sobie radzić z dziećmi często właśnie wtedy. Nie
                                    potrafią, jak piszesz "wydłużyć smyczy", a to, nawet przy rozmowach, kontaktach,
                                    opiece musi skończyć się buntem.
                                    • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 17:11
                                      Czy my musiałyśmy się trzy razy pokłócić żeby się okazało na koniec że mamy
                                      takie samo zdanie. Podpisuję się pod Twoją wypowiedzią obiema rączkami (a
                                      jestem dwuręczna).
                                      Pozdrawiam naprawdę ciepło
                                      • verdana Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 19:14
                                        No, tak to bywa...
                                        Własnie wracam z wywiadówki w klasie 5, gdzie rodzicom wyraźnie zalezy TYLKo na
                                        jednym - żeby dzieci sie uczyły. Do teatru - no, może, na lektury, ew. do
                                        filcharmonii, do kina - nie potrzeba, na zielona szkołę- niedobra, dzieci
                                        niczego sie tam nie nauczą. No, ewentualnie dyskoteki moga być, ale rodzice nie
                                        wiedza, czy ich dzieci lubią dyskoteki, czy nie.
                                        Temat, który zajął 95% czasu - to oczywiście pieniądze.
                                        Pozdrawiam, pełna niesmaku.
                                        • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 13.09.05, 20:46
                                          Jak się dorwę na dłużej do kompa to opiszę moje przygody wywiadówkowe, dla
                                          wielu mogą być pouczające.
                                          Pozdrawiam
                                        • inna57 Re: A ja bywam bezsilna... 14.09.05, 10:13
                                          Widzę że lata mijają a rodzice choć już nie ci sami to jednak tacy sami. Ja to
                                          nazywałam rodzicielską amnezją. Taka mama jak Ty doskonale rozumie różnicę
                                          między nauką a zdobywaniem wiedzy i umiejętności, szkoda że należysz do
                                          mniejszości (podobał mi się Twój post w innym wątku że nie zawsze dziecko
                                          jest "wandalem" czasami jest "eksperymetatorem").
                                          Kiedy mój syn był w podstawówce nie chodziłam na wywiadówki, miałam dobry
                                          kontakt z nauczycielami, rodzicami ale wywiadówkom powiedziałam stanowcze NIE.
                                          Miało to związek z traumą z młodości kiedy moja koleżanka w wieku lat 14-stu
                                          popełniła samobójstwo ze strachu co będzie po wywiadóce (dwie dwóje na semestr
                                          nie wróżyło dobrze). Mój syn wiedział jakie są przyczyny mojej decyzji, nie
                                          miał stresów szkolnych, sam dzielił się ze mną i mężem wszystkimi szkolnymi
                                          sukcesami i porażkami. Nie było ukrywania złych stopni, jeżeli miał z czymś
                                          problem przychodził z prośbą o pomoc w zrozumieniu, zawsze byliśmy gotowi.
                                          Jednocześnie zależało nam na tym żeby wykształcił w sobie umiejętność
                                          zdobywania wiedzy czyli poszukiwania źródeł, robienia doświadczeń itp. gdy był
                                          młodszy to nazywaliśmy to nauką przez zabawę.
                                          Postanowiliśmy że do liceum już będziemy chodzili na wywiadówki choćby po to
                                          żeby poznać rodziców w nowej szkole. Niestety to była taka sama porażka jak Ty
                                          to opisałaś. Najlepszy cytat z jednego z tatuśków - "Gó..aż ma się uczyć a nie
                                          po fischarmoniach szlajać" (cytat jest dosłowny), na moje pytanie "a jakie pan
                                          miał stopnie w szkole? przyznał że zawodówkę skończył na trójach ale jego syn
                                          ma zostać kimś. I został - narkomanem.
                                          Raz tylko interweniowaliśmy ale poprostu już nie zdzierżyłam polonistki której
                                          nie interesowało czy uczniowie zrozumieli przeczytany tekst, ważne było czy
                                          przeczytali go zapamiętując wszystkie szczegóły (np. z której strony wisiał
                                          obrazek albo jakiego koloru była sukienka bohaterki w czasi spaceru). Dla mnie
                                          to był edukacyjny koszmar ale ponieważ większość rodziców była bardziej
                                          zainteresowana pieniędzmi więc w uzgodnieniu z synem przeniósł się do
                                          równoległej klasy i już było OK.
          • wieczna-gosia Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 14:24
            Inno,
            naprawde dziwi cie ze post "wychowalam syna bez buntu, udziele porad" wzbudza
            conajmniej neipokoj?

            Przyznam sie ze ja ostatnio blagalam o porady oraz tytuly ksiazek. I chetnie owe
            porady i tytuly przyjmuje. I luskam. U ciebie na razie luskac nie ma z czego,
            banaly pt zachowanie wzajemnego szacunku, kontakt i porozumienie dla czlowieka
            ktory rzeczywiscie ma praoblem sa wrecz okrutne.

            mnie wizja mlodzienczego buntu pociaga- czekam z niecierpliwoscia na mlodych
            gniewnych bezkompromisowych smile
            • verdana Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 14:39
              No właśnie.
              Ja naprawdę poważnie się przejmuję tym, że moja córka się nie buntuje, a powoli
              wpada w pracoholizm. I ze za bardzo powiela wzorce rodziców.
              Uważam, że gdzieś popełniłam błąd - zresztą moja przyjaciółka - psycholog też
              tak twierdzi.
              Dziecko, które się nie buntuje, to równie groźne zjawisko co takie, co buntuje
              się na okrągło.
              Kto mi poradzi, co zrobic, żeby sie zbuntowała? Poradników na ten temat chyba
              nie znajdę...
              • wieczna-gosia Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 14:59
                verdana moze w synach nadzieja?

                a twoja ratyzbona fajna jest i mysle ze calkiem ostra i bezkompromisowa (czyzby
                to imidz?)moze twoim bledem jest to, ze ona zeby jakos sie zbuntowac musialaby
                zaczac cpac i sie puszczac? no zbyt liberalna jestes, slowem smile
                • verdana Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 15:17
                  Puszczać się może, tylko nie chce...
                  A ona grzeczna w domu jak cholera.
                  Nadzieja w najmlodszym. Najstarszy już poza wiekiem buntu.
                  • wieczna-gosia i tu tkwi problem 13.09.05, 15:36
                    nawet puszcac sie moze?
                    verdana jak w takich warunkach wyobrazasz sobie bunt? bo ja sobie nie wyobrazam.
                    U mnie bylo prosto- mialam autorytarnych rodzicow, bylam bita, nie mialam nic do
                    gadania, czytalam Tolkiena (idiotyzm) sluchalam muzyki (zepolenie niezaleznie do
                    rodzaju, Mozart tez sie nie lapal..)i bylo prosto.

                    Wspolczuje dziecku.
                    • verdana Re: i tu tkwi problem 13.09.05, 15:56
                      No, mogę to jeszcze wypróbować na najmłodszym!
    • nangaparbat3 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 13.09.05, 21:20
      Nawet przykro mi to powiedzieć, ale szczerze - nie ufam Twoim deklaracjom.
      Piszesz, ze nigdy nie stosowalaś przemocy fizycznej ani psychicznej, ale
      piszesz tez:
      >A jak nie rozumiałam i nie zgadzałam się z argumentami drugiej strony to
      jeżeli
      >tylko konsekwencje nie zagrażały jej zdrowiu lub życiu to brałam rączki za
      >siebie oświadczałam że sama poniesie odpowiedzialność za to co robi i byłam w
      >tym bardzo stanowcza nie ważne czy dotyczyło syna czy wychowanicy.

      To takie mowienie: rob jak uważasz, ale pozałujesz, a ja Ci wtedy nie pomogę.
      Dla mnie to JEST przemoc psychiczna. Podobnie jak jest wyrazem przemocy w to
      mowienie o smyczy - to, ze w ogóle metaforyczny obraz Ciebie i syna to SYN NA
      SMYCZY - przecież już naprawdę nie ma znaczenia, jakiej ona długosci.
      Wyobrażam sobie, ze nigdy sie nie awanturowałaś, nie obraziłaś syna wulgarnym
      słowem, nie byłaś niesprawiedliwa. Ale też czuję, ze trzymałaś go żelazną ręką,
      stwarzając pozory swobody. Zdaje mi sie, że Twoj syn nigdy nie odwazył sie
      nawet pomysleć o buncie. Myslę, że byłaś spokojna, rozważna, konsekwentna.
      ale prawdą o Tobie i Twoim synu jest wlasnie to, co napisałaś - SMYCZ.
    • rycerzowa Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 16.09.05, 14:31
      Nie mogę się doczekać na konkrety.
      • inna57 Re: Miłe Mamy 19.09.05, 20:59
        Odniosłam wrażenie że oczekujecie ode mnie instrukcji obsługi dziecka. Tak
        jakbyście odczuli brak tego dokumentu w chwili wypisu ze szpitala. Dziecko to
        nie jest sprzęt AGD, każde jest inne ale każdemu trzeba się poświęcić właśnie
        dlatego że to my powołaliśmy je na ten świat.
        Moim przesłaniem było to abyście nie odpuszczały wysiłków wychowawczych w
        chwili gdy wasza pociecha idzie do przedszkola czy szkoły. Wy powinniście być
        tymi którzy zawsze mają czas dla dziecka, wysłuchają, podpowiedzą, ukoją ból.
        Dziecku nie można mówić "później" bo później może już być za późno. Mąż może
        nie dostać obiadu, możesz nie umyć podłogi, możesz nie uprasować koszuli ale
        nie możesz powiedzieć dziecku "później".
        To co ja umownie nazwałam "smyczą" równie dobrze można nazwać "nicią Ariadny"
        idea zawsze pozostanie ta sama, mamy być przewodnikiem dla dziecka na tym
        świecie. My musimy pokazać mu świat, pokazać co jest dobre co jest złe, jeżeli
        to zadanie dla wygody (wykluczam sytuację ekonomiczną która zmusza matkę do
        podjęcia pracy zawodowej) zdecydujemy na innych to kto inny może mieć w
        przyszłości monopol na kierowanie losami naszego dziecka.
        Nawet zapracowana mama może pokazać swojemu dziecku że jest dla niej
        najważniejsze nawet kiedy ma już 10-12 lat. Ono wtedy przechodzi przemianę a my
        zadowalamy się zadawaniem pytań "co w szkole?" "odrobiłeś lekcje?" "wyrzuciłeś
        śmieci?". Jakże często nie wysłuchujemy nawet odpowiedzi na te pytania uznając
        że wypełniliśmy już rodzicielski obowiązek.
        Pielęgnujmy nasze więzi z dziećmi, wiedzmy o ich radościach i troskach.
        Powołując na świat nową istotkę podpisaliśmy kontrakt na całe życie. Nikt nas z
        tego nie zwolni oprócz losu.
        Szukacie porad w książkach, może lepiej bardziej się wsłuchać w to co ma do
        przekazania Wam Wasze dziecko. Każde z nich jest inne, inaczej manifestuje
        swoje potrzeby, inaczej okazuje uczucia. Dzielmy się swoimi doświadczeniami ale
        nie oczekujmy że ktoś da nam gotowy przepis bo takowego nie ma. Można według
        przepisu upiec ciasto nie ma przepisu na grzeczne dziecko.
        Podstawową zasadą jest kochać swoje dziecko nie licząc że ono za każdym razem
        odwzajemni nam świadectwem swojej miłości.
        • nangaparbat3 Re: Miłe Mamy 19.09.05, 21:12
          Słuchaj, ze wszystkim sie zgadzam, poza tą "nicia Ariadny", ponieważ od
          pierwszej chwili kiedy sja zobaczyłam i ja uczę się od córki, nie tylko ona ode
          mnie. Czuje sie jej towarzyszką - madrzejszą, silniejszą, bardziej doświadczoną
          etc., więc na mnie ciąży o wiele więcej obowiazkow w tej wspólnej drodze (i
          przywilej veta, którego niemal nie uzywam), ale przewodnikiem sie nie czuję.
          Raczej oferentką, a czasem pogotowiem ratunkowym, jakos tak. No i oczywiście,
          tu szczególnie się z Toba zgadzam, słucham, co do mnie mówi i staram się
          poswięcic jej uwagę zawsze, gdy tego potrzebuje (choć nie zawsze mogę - praca,
          zmeczenie - kiedy przesadziłam, miała okropny nerwowy tik, i musiałam się
          nauczyć informować ją o chwilowej niemoznosci poświęcenia jej uwagi w taki
          sposób, by jej to nie ranilo).
          Nie bedę jednak ukrywać, ze mimo że zasadniczo się z Toba zgadzam, drażni mnie
          mentorski ton Twoich postów i nawet przyszło mi do głowy, ze może jesteś
          księdzem, ktory w najlepszych intencjach gra tutaj rolę matki?
          • inna57 Re: Miłe Mamy 20.09.05, 10:39
            Przepraszam za mentorski styl, chyba się starzeję, muszę nad sobą popracować,
            nie chcę być starą zrzędzącą babcią.
            Pomimo że odrzucasz ideę "nici Ariadny" to jednak stosujecie ją z córeczką.
            Ciągle uczycie się siebie wzajemnie. Ona wie że zawsze może na Ciebie liczyć. Z
            upływem lat ta nić będzie coraz dłuższa ale prawidłowo pielęgnowana choć
            niewidoczna nie pozwoli Wam zagubić drogi do siebie. Życzę Wam powodzenia we
            wzajemnym poznawaniu siebie i świata.
            • triss_merigold6 Po co tak metaforycznie? 20.09.05, 11:19
              Rozumiem więź, zainteresowanie, czas itd. ale podkreślanie, że ZAWSZE nalezy
              mieć czas dla dziecka to jakaś ciężka bzdura. Dziecko jest pełnoprawnym
              członkiem rodziny, jego potrzeby powinny być zaspokajane jak najlepiej ale do
              diabła, inni też mają potrzeby.
              Dziecku nic się nie stanie jeśli raz na jakiś czas poczeka na odpowiedź lub
              wspólną zabawę. Nic się nie stanie jeśli rodzice zajmą się sobą albo matka
              powie "jestem zmęczona, chcę poczytać".
              Jaką Ty hierarchię proponujesz? Dziecko centrum domowego wszechświata?
              A bunt? Bunt jest zdrowy i potrzebny żeby okreslić siebie, najpierw w opozycji
              a potem w podobieństwie do rodziców.
              • judytak pozdrawiam 20.09.05, 11:33
                głos zdrowego rozsądku :o)

                Judyta
        • judytak są punkty, 20.09.05, 11:32
          gdzie się nie zgadzamy:

          jedno, że owszem można mówić dziecku "później"
          dla mnie "później" nie oznacza odwlekania sprawy w nieskończoność, tylko bardzo
          konkretną obietnicę, że się daną sprawą zajmę za minutę, za pięć minut, za
          godzinę, jak tylko umyję ręce, jak tylko położę młedsze dziecko spać, jak tylko
          założysz buty, itp. itd.
          co więcej, nie uważam tego "później" za przykrą konieczność, tylko za ważny
          element wychowania: pokazuję dziecku, jak rozpoznać hierarchię ważności spraw,
          jak organizować sprawy w taką kolejność, żeby wszystko się udawało, no i uczę
          go "odroczenia przyjemności", co jest podobno podstawowym warunkiem osiągania
          sukcesów :o)

          drugie, że praca zawodowa, na cały etat (ale zasadniczo bez nadgodzin) ani w
          najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi w tym, żebym to ja (i oczywiście mój
          mąż) pokazała dziecko świat, to, co jest złe, co dobre...

          trzecie, że nigdy nie chciałam mieć monopolu na kierowanie losami mojego dziecka
          chcę grać pierwsze skrzypce, to tak, ale monopolu nie
          i kiedy dziecko będzie miało 16 - 20 lat (jedni dojrzewają szybciej, drudzy
          wolniej), to już samo i jedynie będzie miało monopol na kierowanie własnym
          życiem
          a ja mogę być jedynie życzliwym doradcą, no i "pogotowiem ratunkowym"...

          no i to jest właśnie zarazem czwarta sprawa: owszem posiadanie dziecka jest
          kontraktem na całe życie
          ale w którymś momencie robi się tak, że dzieci i rodzice są sobie równi, żaden
          nie jest dla drugiego przewodnikiem po świecie, a jeszcze później role się
          odwracają...

          nie jest łatwo rozmawiać z takimi dziecmi, które właśnie "przechodzą przemianę"
          zamiast powiedzieć "wielu nie rozmawia, a to źle", co jest owszem prawdą, ale
          prawdą tak banalną, że nikomu nic nie da,
          dobrze byłoby czytać opisów konkretnych, przykładowych zdarzeń, takich
          pojedynczych, ale ze szczegółami, to daje do myślenia
          są takie opisy w wątkach o konkretnych problemach wychowawczych, bardzo te
          wątki lubię :o)

          pozdrawiam
          Judyta
    • rycerzowa Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 20.09.05, 19:22
      Tu nie chodzi o mentorski ton, ale o fakt, że twoje niewatpliwie słuszne wywody
      to same ogólniki.
      To tak, jakbyś na forum przepisów kulinarnych mówiła w kółko o ważnej roli
      prawidłowego odżywiania się,jeśli chce się zachować zdrowie.

      Te generalne zasady zna każda z nas, że trzeba kochać, rozumieć, mieć czas dla
      dziecka itp. ale dyskusja jest o tym, jak to przełożyć na jezyk codzienności.

      Przykładowo,napisałaś,że pomogłaś pasierbowi syna zaakceptować nową sytuację
      rodzinną. Jestem ogromnie ciekawa, jak to zrobiłaś, jakich k o n k r e t n i e
      użyłaś argumentów w ewentualnej rozmowie. Bo z pewnością chłopiec był już
      poprzednio zapewniony przez matkę, że nadal go kocha i kochać będzie, że zyskuje
      ojca i rodzeństwo itd.
      A może to nie była żadna zasadnicza rozmowa, tylko na przykład wybrałaś się z
      nim w góry i okazałaś się fajnym kumplem? Chłopak doszedł do wniosku,że taką
      babcię warto mieć?
      Napisz nam o tym, gdyż wiele osób staje przed podobnym problemem i konkretne
      rady bardzo by się im przydały.
      • verdana Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 20.09.05, 19:59
        Zgadzam się i z Triss i z Judytą. Mieć "zawsze" czas dla dziecka to i
        niewykonalne i szkodliwe. Niewykonalne - bo jak się ma kilkoro dzieci i
        wszystkie jednocześnie czegoś chcą, to dwoje musi zaczekać, prawda? A to zdarza
        się nieustannie. A mąż, rozumiem, ma już zawsze czekać w nieskończoność, bo
        jego sprawy i małżeństwo jako takie spadają na bardzo daleki plan, skoro w
        każdym momencie moze przyjść dziecko i zażądać, aby przerwać rozmowę i zająć się
        własnie nim.
        Poza tym istnieje coś takiego jak praca zawodowa i terminy. Czy naprawdę
        dłogofalowe dobro dziecka wymaga, aby wylali mnie z pracy, bo zawaliłam kolejny
        termin, ponieważ dziecko było miało ochotę porozmawiać? Lepiej mu będzie na
        zasiłku z MOPS-u?
        I wreszcie ja sama. Twoja koncepcja wychowania zakłada, że nie mam prawa przez
        paręnascie (albo ponad dwadzieścia lat w wypadku kilkorga dzieci) absolutnie do
        niczego - oglądam film - a tu dziecko czegoś chce , zapraszam znajomych - a tu
        dziecko przychodzi z problemem, chcę wyjść- a dziecko zadaje pytanie. Absurd.
        I jest to głęboko niewychowawcze. Uczę w ten sposób dziecko, że na świecie liczy
        się tylko jedna osoba - ono samo. Ono ma prawo do mojej niepodzielnej uwagi,
        mojego czasu, niezależnie czym jestem zajęta, jego prawa są ważniejsze od moich,
        jego potrzeby - najważniejsze w domu. Nie!
        A poza tym dlaczego matka ma być przewodnikiem dziecka? Dlaczego nie ojciec?
        dziadek? Nauczyciel, cieszący się autorytetem, albo trener? Wcale nie czuję się
        tak idealna i doskonała, żeby chcieć, aby dzieci patrzały na świat wyłącznie
        moimi oczami i podążały za moim świetlanym przykładem.
        Czasem brak buntu to nie jest dobry objaw. Może świadczyć o tym, że młody
        człowiek nie dorósł, nie jest w stanie istnieć samodzielnie, bez mamusi i jej
        dobrych rad.
        • triss_merigold6 Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 20.09.05, 20:12
          No, rozpisałaś się... mnie się nie chciało.wink
          Dodałabym, że fakt bycia dzieckiem nie stawia automatycznie na piedestale.
          Generalnie tylko potrzeby niemowlęcia powinny być zaspokajane natychmiast. Im
          starsze dziecko tym bardziej jest CZĘŚCIĄ rodziny a nie jej słońcem - o ile nie
          chcesz mieć małego cesarza Chin. I jako członek rodziny ma prawa, przywileje,
          obowiązki i ograniczenia.

          Nie czuję się powołana do bycia idolem i autorytetem dla dziecka w każdym
          wieku. Mowy nie ma, za duża odpowiedzialność.
          Nie widzę też potrzeby aby dziecko zwierzało mi się ze wszystkiego. Dorastając
          uzyskuje się autonomię i samodzielność - na tyle dużą żeby z coraz większą
          liczbą problemów (np. z grupą rówieśniczą) radzić sobie samodzielnie.
          Prywatność i sfera intymna bez wtrącającej się matki jest dziecku potrzebna.

          A bunt, nawet w lightowej postaci - nieakceptowana fryzura, muzyka, obrzydliwy
          kolega, niechęć do rodzinnych obiadów, mrukliwość - jest potrzebny żeby dziecko
          zaczęło żyć własnym życiem i dokonywać wyborów, które niekoniecznie pasują
          rodzicom ale są wyborami na własną odpowiedzialność.

          Żeby nie było wątpliwości: piszę z własnej perspektywy kontaktów z rodzicami
          które jako dorosła uważam za bardzo dobre mimo młodzieńczych konfliktów.
          • aszar.kari Re: "młodzieńczy bunt"- jak temu zaradzić 20.09.05, 22:00
            Nie bardzo rozumiem jak mozna radzic ogolnie i teoretycznie w sprawach, ktore
            zawsze sa indywidualne i praktyczne. Wszelkie konflikty rodzinne sa bardzo
            specyficzne i jakas jedna recepta typu "miec czas" dla dziecka czy inne podobne
            banaly nie wydaje mi sie ani potrzebna, ani oswiecajaca kogokolwiek.
            Co innego, gdy mowa o konkretnych sytuacjach z konkretnymi ludzmi z krwi i
            kosci. Ale i do pomocy w takich okolicznosciach Forum internetowe jest raczej
            kiepskim narzedziem - wiedza jest wyrywkowa, sytuacje opisywane jednostronnie,
            wszystko odbywa sie bez kontynuacji w realu. My tu chyba przychodzimy zeby
            sobie ot tak pogadac i traktowanie tych kontaktow zbyt powaznie budzi moje
            watpliwosci co do poziomu refleksji reprezentowanego przez niektorych.
            Moje zdanie o buncie napisalam w watku Verdany na prywatnym Forum poswieconym
            Nastolatkom, kto chce niech czyta smile
            Aszar
      • inna57 Re: no to ze szczegółami 21.09.05, 11:34
        Zasadniczo ważne są generalia żeby nie przespać ale masz rację czasami trzeba
        posłużyć się dokładnym przepisem (opisem)


        Od początku nowego związku naszego syna zaakceptowaliśmy jego wybór a co się z
        tym łączy fakt posiadania całkiem sporego wnuka. Na starcie nie było łatwo,
        umawialiśmy się na wspólne wyprawy do kina, na kręgle. Pomimo naszej otwartości
        wnuk odnosił się do nas z pewną rezerwą, rozumieliśmy to i nie narzucaliśmy
        się, pozwoliliśmy mu oswoić się z nową sytuacją, dotąd wychowywał się całkiem
        bez ojca. Mój syn który sam ma troszkę kwadratowy życiorys nie miał problemu z
        dostosowaniem się do nowej roli.
        Momentem przełomowym był ślub naszych dzieci (mam wspaniałą synową i traktuję
        ją jak córkę), od tej chwili staliśmy się 100% rodziną. Syn opowiadał nam o
        swoich sukcesach i porażkach wychowawczych, słuchaliśmy chwaliliśmy lub nie
        opowiadaliśmy o własnych doświadczeniach ale zasadniczo nie wtrącaliśmy się do
        metod naszych dzieci, to w końcu ich rodzina.
        Kiedy jednak ma świat zapowiedziało się maleństwo a wnuk wszedł akurat w okres
        młodzieńczego buntu zobaczyliśmy rysy na dotychczasowej sielance. Długo
        zastanawialiśmy się z mężem co zrobić aby nie interweniując pomóc naszym
        dzieciom. Słowa zapewnień że przecież nic się nie zmieni, że zyska młodszego
        braciszka, że nadal będzie kochany to przecież tylko słowa.
        Wpadliśmy na pomysł wspólnego wyjazdu, tylko ja, mąż i wnuk. Wyjazd miał być
        dla niego wakacjami życia. Zadecydowaliśmy, lecimy na Karaiby. Dla niego
        wszystko było nowe, pierwszy lot samolotem, pierwszy wyjazd poza Europę. Dzieci
        patrzyły na nas jak na parę samobójców ale się tym nie zraziliśmy. Na odjezdnym
        przekazali nam tylko prośbę żebyśmy spróbowali wnuka nakłonić do przeczytania
        lektury zadanej na wakacje. Ja jak zawsze wyjeżdżałam z pokaźną biblioteką.
        Muszę zaznaczyć że wnuk jest zdiagnozowanym dyslektykiem i generalnie nie
        znosił czytać czegokolwiek. Ja osobiście nie wierzę że każdy nawet
        zdiagnozowany dyslektyk może sobie pozwolić na nie czytanie, tym bardziej że
        wiem iż trudność to jedno a zasłanianie się diagnozą to drugie.
        Już w samolocie okazało się że los nam sprzyja, akurat we "Wprost" był artykuł
        o muzyce i muzykach hiphopowych. Niby tylko zapuszczając żurawia na początek
        wnuk zaczął czytać artykuł. Później niby to z nudów, w końcu lot trwa 9 godzin
        przeczytał cały artykuł. Już wiedzieliśmy że jest nasz.
        Na miejscu najpierw był zachwyt, ale zaraz potem opór. My uczestniczyliśmy we
        wszystkich proponowanych grach i zabawach, on stał naburmuszony z boku.
        Wszelkie próby namowy spełzały na niczym, było tylko "nie, bo nie". Wkoło
        mnóstwo młodzieży w jego wieku, wielojęzyczny tłumek, on pomimo że potrafi
        posługiwać się angielskim z nikim nie chciał się zaprzyjaźnić. Jak grać w
        piłkę, pływać, grać w piłkarzyki, ping-ponga to tylko z mężem. Zaciskaliśmy
        zęby i robiliśmy dobre miny. Chciał jeść obiad "do góry nogami" czyli
        zaczynając od deseru nie problem. Wydawało nam się że szuka punktu w którym nas
        wyprowadzi z równowagi, że któreś z nas w końcu na niego huknie z góry, nie
        było nam łatwo ale postanowiliśmy wytrwać.
        No i jeszcze ta nieszczęsna lektura, cieniutka książka ale jednak książka (dla
        niego brrrrrr). Kiedy przychodził czas na poobiedni odpoczynek i czytanie
        książek on rzucał się na łóżko i stwierdzał że się nudzi, że tu nie ma w pokoju
        internetu, że nie może pograć i w ogóle jest do d. Do rodziców słał sms-y że
        jest bardzo nieszczęśliwy i że go zmuszamy, na pytanie zwrotne "do czego?" nie
        potrafił już odpowiedzieć.
        Wśród moich lektur był "Lesio" Chmielewskiej, najpierw czytałam sobie po cichu,
        i pomimo że to już setny chyba raz zaśmiewałam się na głos, na to mąż prosił –
        nie chichocz tylko przeczytaj głośno. Czytałam i kątem oka widziałam,
        pokładającego się ze śmiechu męża i usiłującego tłumić śmiech wnuka. No to już
        go miałam. Przerywałam czytanie w najciekawszym momencie. Robiłam sobie drzemkę
        i już po dwóch dniach obudził mnie śmiech wnuka. Ten zdeklarowany dyslektyk
        pochłaniał „lesia”. Udawałam że nic nie o tym nie wiem aż któregoś popołudnia
        zapytałam „jak tam lesio” na co nasz nastolatek zaczął się tłumaczyć że on
        tylko tak z nudów, żeby nam nie przeszkadzać, „paląc przy tym cegłę”.
        Namówienie po tym do lektury (a był to „buszujący w zbożu”wink to już była
        pestka. Zadanie numer jeden wykonane.
        No to pora na sport. Co rano wszyscy mamy konkurs gry w bocce. Nasz wnuk stoi
        naburmuszony. On nie gra – bo nie. Podpytaliśmy dlaczego gdy byliśmy sami (nie
        docierało że nikt wokół nas nie rozumie), okazało się że facet boi się
        przegrać. Zaczęliśmy chodzić wieczorami na placyk do bocce, potrenowaliśmy w
        rodzinnym gronie. Już pod koniec nasz wnuk startował w porannych zawodach raz
        wygrywając raz przegrywając a my mieliśmy satysfakcję, kolejny przejaw buntu
        pokonany. Pływać owszem umiał ale lepiej powiedzieć że umiał nie tonąć. Tu
        zadanie przejął mój mąż który w młodości trenował pływanie. Przez zabawę do
        sukcesu, teraz raz w tygodniu basen ze zrywaniem się o 6 rano to nie jest żaden
        problem, kiedyś wyjęcie go z łóżka podobno było wielkim problemem. Wie że nie
        zostanie mistrzem ale ma satysfakcję.
        Dotąd wychowany głównie przez mamę i babcię a my chcieliśmy go „oderwać od
        mamczynej spódnicy”. Moment idealny mama daleko, wokół sami obcy ludzie tylko
        jak pokonać opór buntującej się materii. Trzeba było wziąć się na sposób.
        Dotychczas partnerem do siatkówki w basenie oczywiście byliśmy my. Mąż udał
        kontuzję. Ja robiłam za papugę. Do gry dołączył rówieśnik wnuka z Niemiec,
        słabo posługiwał się angielskim ale dzięki temu że ja jestem wielojęzyczna
        przełamaliśmy lody. Od tego czasu stali się z wnukiem kolegami, mówili między
        sobą murzyńsko-angielskim ale chyba im to nie przeszkadzało. Wspólne gry i
        zabawy, chyba ich zbliżyły, korespondują ze sobą jest OK. A na początku było
        tylko „ja tu się z nikim nie zaprzyjaźnię”.
        Takich drobnych przemian było wiele. Pewnie trochę się krygował żeby pokazać
        nam tak jak to robił rodzicom rogi, ale w końcu taki mieliśmy zamiar,
        wyprostować chłopaka.
        Dużo rozmawialiśmy ze sobą, najpierw był zszokowany wielością naszych
        zainteresowań i zakresem wiedzy. Pierwsze pytanie było „po co wam tyle
        wiedzieć ? na ten czy inny temat. Potem nagle ten niby niczym nie
        zainteresowany zaczął zadawać pytania dodatkowe, dopytywać się o ciekawiące go
        szczegóły. Dziś ten dotychczasowy ogon klasowy, sam zabiega o poszerzenie
        swojej wiedzy, klepanie w kolejne gry komputerowe zamienił w naukę języka
        programowania (nie jest geniuszem ale się stara, a my to doceniamy).
        Młodszy braciszek który wydawał mu się tragedią życiową jest teraz powodem do
        dumy, potrafi się nim zająć, ukołysać do snu, nakarmić. Jest dumny z tego że
        pozwolono mu być starszym bratem. Pamiętamy o tym że mamy dwóch wnuków i
        kolejne osiągnięcia jednego i drugiego napawają nas radością. Starszy zakończył
        rok szkolny tylko z jedną trójką (postanowił że w tym roku już jej nie będzie,
        ale to tylko i wyłącznie jego wybór), młodszy już wkrótce zacznie chodzić.
        Lubię kiedy nasz starszy wnuk przesyła mi e-mailem wypracowanie z
        prośbą, „sprawdź czy wszystko dobrze, mama właśnie śpi bo malcowi rosną ząbki i
        mieli ciężką noc”, albo kiedy dzwoni i mówi „babciu mam doła podpowiedz coś
        rozweselajacego do czytania”. Zniknęła gdzieś dysleksja, nie ma odburkiwania
        rodzicom, poczuł się kimś bardzo ważnym dla wszystkich i bardzo się cieszy
        kiedy syn wracając z zebrania mówi „no, chłopie muszę cię pochwalić” (gdyby
        nawet było coś nie halo to nie spotkałaby go za to bura tylko propozycja
        pomocy, taką mamy zasadę).
        Owszem planujemy nadal kolejne wspólne wakacje, ale nie jesteśmy „dziadkami
        kumplami”, jesteśmy tymi od zasad, mający lekarstwo
        • inna57 Re: no to ze szczegółami dokończenie 21.09.05, 11:50
          Owszem planujemy nadal kolejne wspólne wakacje, ale nie jesteśmy „dziadkami
          kumplami”, jesteśmy tymi od zasad, mający lekarstwo na różne stresy i problemy.
          Dziś ten kiedyś zbuntowany nastolatek śmieje się razem z nami jak go rok temu
          przechytrzyliśmy. Dorósł, spoważniał z Maciusia stał się Maćkiem i jest z tego
          dumny. A my dumni jesteśmy z dzieci że nam zaufały i z dwóch wnuków, tego
          dużego i już całkiem mądrego i malca przed którym jeszcze tak dużo życiowych
          lekcji.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka