kobieta.gazeta.pl/edziecko/1,54933,2615439.html
Podyskutujemy?
Mnie na razie nie przekonuje to:
"Wiele konfliktów bierze się stąd, że dzieci wszystko mają wspólne. (...) Spróbuj wyznaczyć każdemu
z dzieci jego terytorium, na które rodzeństwo nie może bezpardonowo wkroczyć. To możliwe nawet
w małym mieszkaniu. Podziel dziecięcy pokój na dwie wyraźne części."
Wiem, że kiedyś rozdzielenie będzie niuniknione (zakładam, że jak starsze pójdzie do szkoły), ale na
razie nie wydaj mi się to takie istotne. U nas dzieci mają wspólny pokój, w zasadzie wspólne
zabawki, mogą sobie wzajemnie skakać po łóżkach i nie sadzę, żeby to rodziło konflikty. Podział od
małego twoje-moje, tu nie możesz wchodzić, tego nie możesz ruszać, uważam za niepotrzebny, a
wręcz nawet powodujący dystans emocjonalny między rodzeństwem.
Natomiast zdecydowanie słuszne wydaje mi się nie interweniowanie w drobne utarczki rodzeństwa.
Ja już od kilku miesięcy nie wtrącam się kłotnie dzieci. Wkraczam do akcji dopiero jak widzę
zagrożenie zdrowia lub życia. Jak się biją (popychanie, szczypanie, etc..etc..) zaciskam zęby i
czekam. Najczęściej same odpuszczają, czasem się przeproszą same z siebie, czasem przychodzą
się poskarżyć - wtedy pocieszam pokrzywdzonego, agresora nie upominam - brak mojego
zainteresownia połączona z przytulankami ofiary jest wystrczającą pokutą. Jak się bijatyka zaognia -
upominam, że nie wolno bić i tłumaczę, np. że jak Kuba uszczypnął Maję, to tym samym nauczył ją
że tak można robić, a więc może się spodziewać, że następnym razem ona też będzie go szczypać.
Że to on ją oczy agresywnych zachowań. I pytam, czy na pewno tego chce? Zazwyczaj działa -
oczywiście tylko na jakiś czas

Gosia