gemmi18
11.06.12, 20:54
Witam, dzisiaj rano zauważyłam u mojej córki kleszcza. W przychodni nasz pediatra miał zastępstwo, a pani doktor, która przyjmowała, nie podjęła się wyjęcia. Skierowała nas do innego gabinetu zabiegowego. Tam pielęgniarka usunęła go i powiedziała, że teraz musimy obserwować skórę córki, czy nie pojawi się rumień. Jeżeli się pojawi, to wtedy córka dostanie antybiotyk (to samo powiedziała p. doktor, która była na zastępstwie w naszej przychodni).
Natomiast ja, gdy byłam w ciąży i miałam kleszcza, dowiedziałam się na oddziale zakaźnym, że od razu po wyjęciu kleszcza dostanę antybiotyk, ponieważ nie wiadomo, czy ten kleszcz był nosicielem boreliozy, czy nie i że lepiej chuchać na zimne (nie mogłam wysłać go do badania, ponieważ został wyrzucony).
Martwię się okropnie, bo moja mama walczy z boreliozą od ponad roku i aktualnie bierze 4. antybiotyk. Może jednak lepsze jest w takiej sytuacji przeprowadzenie antybiotykoterapii 'na zapas'?
Kleszcza od córki mam, jutro zaniosę go do laboratorium, ale przeczytałam, że antybiotyk podaje się do tygodnia po ukąszeniu (wtedy jest pewność, że nawet, jeżeli kleszcz był nosicielem, to nie zarazi się człowiek. Antybiotyk podany później nie gwarantuje tego), a wynik badania będzie od 7 do 14 dni...
Czy mieliście podobne doświadczenie? Jak postąpił Wasz lekarz?