Gość: Ania28
IP: *.*
18.06.02, 16:44
W piątek byłam u ginekologa na kontroli.Jestem prawie 4 miesiące po cesarce i nie dostałam jeszcze okresu . Wiem, że to nic takiego i idąc tam wcale się tym nie przejmowałam. Wręcz przeciwnie, czekając na termin obawiałam się, że akurat dostanę ten nieszczęsny okres, bo bardzo "okresowo" się czułam (bóle podbrzusza, coś jakby skurcze - tak u mnie zwykle "wtedy" się dzieje). Pan ginekolog zasiał jednak ziarnko niepewności. Powiedział (robiąc USG dopochwowe), że moje estrogeny już działają i że okres tuż, tuż (cytuję "dzisiaj lub jutro") albo ... jestem w ciąży! Zbytnio się tym nie przejęłam i wróciłam do domu czekając kiedy "on" nadejdzie. To było w piątek. Dziś jest wtorek a tu nic. Nie piszcie mi, że mam się cieszyć, że dziecko to dar od Boga itp. Mam poważne problemy ze zdrowiem i kolejna ciąża po tak krótkim czasie zrobi ze mnie inwalidkę. Nie piszcie też, że powinnam pomyśleć o tym przed "tym". Nie chciałabym zdradzać publicznie szczegółów z mojego życia intymnego, ale jeżeli ja jestem w ciąży to naprawdę można w nią zajść prawie "na odległość".Ciągle jednak mam nadzieję, że pan ginekolog trochę źle to ocenił. Przeciż każdy organizm jest inny a po takim długim "przestoju" może potrzeba trochę więcej czasu na "rozruch". Zresztą natura płata figle. A może jestem naiwna i tylko się oszukuję? Czy któraś z Was była kiedyś w podobnej sytuacji? Nie chodzi mi o bezskuteczne czekanie na okres, tylko taki "werdykt" ginekologa? Mój mąż uważa,że powinnam spokojnie czekać (wiadomo faceci - oby sie nie zdziwił!). Napiszcie mi prędko, bo czuję się jak nastolatka po wakacyjnym szaleństwie (a zbliżam sie do trzydziestki...)Przerażona Ania