niebernard
22.01.05, 22:28
Haracz dla lewicy
Rządzący Gorzowem politycy związani z SLD dawali zlecenia wybranym firmom
budowlanym. Uzyskane w wyniku zawyżania wartości robót pieniądze były
dzielone między prezydentów miasta i prezesów firm. Część pieniędzy trafiała
do kasy SLD - dowiedziała się "Rz".
Układ, w którym pieniądze z kasy miasta lub kredytów bankowych, poręczanych
przez władze miasta, oraz funduszy unijnych trafiały do grupy wybranych i na
partyjne potrzeby, działał w Gorzowie Wielkopolskim od lat. Jedną z głównych
ról miał w nim odgrywać Tadeusz Jędrzejczak, prezydent Gorzowa. Jest jednym z
dwóch włodarzy miast, którzy sprawowali urząd zza krat. "Rz" dotarła do
protokołów przesłuchań podejrzanych przedsiębiorców.
W 2000 roku, w czasie kampanii prezydenckiej, do Gorzowa przyjechał
Aleksander Kwaśniewski. Wizyta zbiegła się z otwarciem dużej miejskiej
inwestycji drogowej, tzw. Trasy Średnicowej, budowanej przez PBI. Firma
musiała zorganizować festyn, który jednoznacznie odebrano jako wyborczy.
- Podczas festynu był ustawiony namiot, tzw. cielętnik dla VIP-ów, gdzie piją
i jedzą za darmo. Dostałem listę gości, których musiałem zaprosić. Za ten
festyn zapłaciliśmy 70 tys. zł. Jędrzejczak kazał mówić mediom, że impreza
jest dla mieszkańców Gorzowa. Zapewniał, że jeśli dobrze wypadnie, dostaniemy
do budowy następne odcinki trasy - wyjaśniał w śledztwie Zygmunt M.,
właściciel spółki PBI. - Zresztą imprezy odbywały się bez przerwy. Każda
wizyta na budowie, odbiór kolejnego etapu kończyły się zakrapianą balangą.
Koszt jednej wynosił od 2 do 5 tys. zł. Oprócz tego musieliśmy nabywać
wyborcze cegiełki na kampanię prezydencką. Jędrzejczak kazał mi je kupić za
pieniądze wyprowadzone z mojej firmy na podstawie fikcyjnej faktury,
wystawionej dla przedsiębiorstwa z południa Polski - opowiadał M.
prokuratorom.
Rzeczywiście w śledztwie potwierdzono, że PBI wypłaciło 400 tysięcy zł firmie
z Żywca, która miała rzekomo dostarczyć krzewy. - Zgłosił się do mnie potem
człowiek z tego przedsiębiorstwa i przyniósł 50 tys. zł jako moją działkę z
tych 400 tys. Zapytałem Jędrzejczaka, co mam z tym zrobić. Powiedział mi: -
Kup cegiełki. To za część kupiłem - wyjaśniał M.
- Z racji funkcji pełnionej w Radzie Miasta miałem kontakt z wieloma firmami
w mieście, w tym z budowlanymi i handlowymi. Nie było to jednak związane z
konkretną kampanią wyborczą. Pan Zygmunt M., jak wielu innych, samodzielnie
dokonał nabycia cegiełek - potwierdza Jan Kaczanowski, w 2000 roku członek
miejskiego sztabu wyborczego SLD.
- W 2000 roku w Gorzowie sprzedaliśmy cegiełki pobrane ze sztabu
wojewódzkiego za ok. 25 tys. złotych. Zebrane pieniądze przekazywaliśmy do
województwa i to tamten sztab płacił za wszystkie imprezy wyborcze, w tym i
przedwyborczy wiec prezydenta - wyjaśnia Kaczanowski. Podkreśla, że
dysponentem cegiełek wyborczych i zebranych pieniędzy nie był sztab miejski,
lecz wojewódzki, którym kierował Andrzej Brachmański.
Brachmański, były lubuski baron SLD, kierujący podczas ostatniej kampanii
wojewódzkim sztabem wyborczym SLD, a obecnie wiceminister spraw wewnętrznych
i administracji, odmówił rozmowy z "Rz" na temat sponsorowania jego partii
przez firmy zamieszane w gorzowską aferę korupcyjną.
W 2002 roku w mieście znów świętowano za pieniądze firm budowlanych, tym
razem otwarcie Centrum Sportowego Słowianka, wybudowanego kosztem 50 mln zł.
Na otwarciu był Leszek Miller.
Według wyjaśnień M. jego firma upadła, bo władze miasta na gorzowski rynek
budowlany wpuściły konkurencyjne przedsiębiorstwo z Gdańska. - Jej
przedstawiciel powiedział mi, że ma duży fundusz reprezentacyjny, czyli
mówiąc wprost - na łapówki - mówił podczas przesłuchań przedsiębiorca.
Rezerwa na łapówki
Gorzowscy przedsiębiorcy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą,
opowiedzieli o "inżynierii finansowej", która pozwalała uzyskiwać pieniądze
na łapówki. Do publicznych inwestycji dostęp miało tylko kilka firm.
Większość przetargów wygrywała spółka Budinvest, która występowała przy
budowie dróg, kanalizacji i obiektów jako inwestor zastępczy lub inżynier
kontraktu.
Jednym z prezesów spółki był wieloletni przyjaciel prezydenta Gorzowa i
kierownik budowy jego domu. Okazałe wille prezesów tej spółki i prezydenta
stoją zresztą obok siebie. Pieniądze na inwestycje płynęły z kasy miasta lub
np. z funduszu Phare.
Zdarzyło się też, że PBI, kolejna spółka czerpiąca zyski ze zleceń miejskich
(m.in. budowała miejską obwodnicę, zwaną Trasą Średnicową), uzyskała kredyt
bankowy w wysokości 5 mln zł dzięki poręczeniu głównego inwestora, czyli
Urzędu Miejskiego. Zlecenia i publiczne pieniądze trafiały jednak wyłącznie
do tych firm, które zgodziły się na dawanie łapówek miejskim urzędnikom i
finansowanie np. przedwyborczych festynów.
- Występująca w imieniu miasta zwykle jako inwestor zastępczy firma Budinvest
pośredniczyła między władzą a wykonawcami. Decydowała komu i ile zapłacić.
Pieniądze z miasta szły do Budinvestu, który przekazywał je poszczególnym
wykonawcom - mówił w śledztwie Zygmunt M. z firmy PBI. Aresztowany za
działanie na szkodę własnej spółki, w marcu ubiegłego roku zdecydował się
opowiedzieć o kulisach przestępczych przepływów pieniędzy. W Gorzowie
zawrzało. - Utarło się powiedzenie, że Budinvest jest firmą Jędrzejczaka, a
jej prezesi w branży budowlanej nazywani byli pielęgniarzami. To oni
wymyślili sposób wyprowadzania pieniędzy - zdradzał podczas przesłuchania
mechanizmy korupcyjnego układu M. - Po ustaleniu kosztów każdej budowy miasto
tworzyło tzw. rezerwę, z reguły wynoszącą od 10 do 15 procent kwoty głównej,
na wypadek, gdyby prace okazały się droższe, niż pierwotnie zakładano. I
niemal zawsze prace okazywały się droższe. Tą rezerwą dysponował inżynier
kontraktu. Prezesi Budinvestu mówili nam jako podwykonawcom: - Dostaniecie
pieniądze z tej rezerwy, pod warunkiem, że nam oddacie połowę - wyjaśniał M. -
No to dawaliśmy. Jako wykonawca robót np. przy drodze A-22 czy kanalizacji
na Zakanalu, otrzymywaliśmy całość kwoty, a potem mieliśmy przelać połowę na
wskazane przez nich podstawione firmy, które pojawiały się na budowie np. na
tydzień.
Kogo broni SLD
Według wyjaśnień M. z tych rezerw finansowano m.in. budowę domów obu prezesów
Budinvestu i prezydenta Gorzowa. Firma PBI, należąca do Zygmunta M. budowała
także dom Andrzeja Korskiego, byłego wiceprezydenta Gorzowa ds. inwestycji,
późniejszego wojewody lubuskiego.
- Korski płacił za pracę. Pożyczył jednak ode mnie raz 30, a raz 20 tys. zł,
których nie oddał - opowiadał w śledztwie Zygmunt M. W lipcu ubiegłego roku
zwróciliśmy się do wojewody Korskiego z prośbą o rozmowę na ten temat.
Odpowiedzi nie było, za to Korski bez żadnego wyjaśnienia podał się do
dymisji. Tadeusz Jędrzejczak, pytany wówczas przez "Rz" o kontakty z PBI i
Budinvestem, zapewniał, że jest niewinny. W październiku trafił za kraty.
Jego aresztowanie wywołało w Gorzowie szok. Był - jak się mówiło w tym
mieście - człowiekiem nie do ruszenia.
- Czuł się bardzo mocny. Miał plecy na samej górze. Nie chodzi tylko o
Andrzeja Brachmańskiego, byłego barona SLD w tym regionie, obecnie wiceszefa
MSWiA nadzorującego policję. Myślę, że jeszcze wyżej - mówi Grażyna
Wojciechowska, wiceszefowa Rady Miejskiej w Gorzowie z ramienia tamtejszej
SdPl. Tadeusz Jędrzejczak był posłem lewicy w trzech kolejnych kadencjach (od
1991 roku).
Śledztwo z Gorzowa przeniesiono do prokuratury w Szczecinie, kiedy okazało
się, że afera sięga szczytów władzy, a zamieszana w nią spółka remontowała
też prokuraturę. Z tym śledztwem łączy się dymisję wojewody lubuskiego
Andrzeja Korskiego. Teraz boją się o siebie także inni działacze lewicy. SLD
stanęło w obronie Jędrzejczaka. Pieniądze na kaucję pomagali zbierać m.in.
poseł tej partii i szef gorzowskiego SLD Jakub Derech-Krzycki oraz
wiceprezydent Tadeusz Jan