rafal_zapadka
28.01.06, 09:28
Półgęski ideowe w oparach absurdu
Czegóż to nie robi z ludźmi propaganda? Weźmy np. takiego Hitlera i jego
NSDAP. Hitler uważał się za narodowego socjalistę i był przywódcą Narodowo
Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej, ale mimo to jednak wielu ludzi
całkiem serio myśli, że był przedstawicielem "prawicy" i to w dodatku
"skrajnej". Dlaczego? Bo jako narodowy socjalista, zwalczał najbardziej doń
ideowo zbliżonych komunistów. Tymczasem komunistom ze względów propagandowych
było wygodniej mówić, że skoro ktoś z nimi wojuje, to musi być "reakcjonistą",
czyli "prawicowcem".
Nawiasem mówiąc, hitlerowcy też narzekali na "reakcję"; w bojowej pieśni S.A.
"Horst Wessel Lied" śpiewali m.in. o "towarzyszach zastrzelonych przez reakcję
i Rotfront". Teraz jednak te piosenki są zakazane, więc mało kto je zna,
dzięki czemu łatwiej ludziom wmawiać, że Hitler był przedstawicielem "skrajnej
prawicy".
Wspominam o tym m.in. dlatego, że niektórzy Czytelnicy chyba szczerze uważają,
że jeśli publikuję w Radio Maryja, to nie mogę być wiarygodny. Mniej więcej
tak samo myślał niejaki Nataniel wspomniany w Ewangelii św. Jana. Kiedy
powołany właśnie przez Jezusa apostoł Filip powiedział mu, że znaleźli
Mesjasza w osobie Jezusa, syna Józefa z Nazaretu, Nataniel lekceważąco odparł:
"Czyż może być co dobrego z Nazaretu?" Jasne, że nie może! Coś dobrego może
być tylko z jakichś miejsc zatwierdzonych.
Bez rozkazu też można
Tymczasem zasady gospodarki wolnorynkowej pozostają cały czas takie same, bez
względu na to, na jakiej antenie się je propaguje. Np. jesienią ub. roku
przebywali w Polsce dwaj wybitni przedstawiciele amerykańskich wolnorynkowców:
ks. Robert Sirico, dyrektor Instytutu Lorda Actona i prof. Aleksander Chaufen,
autor m.in. książki "Chrześcijanie za wolnością", w której przedstawia dorobek
scholastyków z uniwersytetu w Salamance, którzy w XV i XVI wieku położyli
teoretyczne fundamenty nowoczesnej gospodarki rynkowej. Mimo, iż osobiście
próbowałem zainteresować nimi przedstawicieli dużych mediów, nikt nie zadał
sobie trudu przeprowadzenia z nimi jakiejś rozmowy. Tylko Radio Maryja i TV
Trwam przeprowadziły wielogodzinne audycje z ich udziałem, dzięki czemu polska
publiczność mogła zapoznać się z ich działalnością i poglądami, a skądinąd
wiem, że na tym się nie skończy, bo Instytut Lorda Actona właśnie przygotowuje
kilkadziesiąt godzin radiowych i telewizyjnych programów edukacji
ekonomicznej. Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści, a cóż dopiero - z anteny?
Szaleństwo metodyczne
W czerwcu 1967 roku, podczas wojny sześciodniowej, członek Rady Państwa PRL i
zarazem literat Józef Ozga-Michalski powiedział, że "w dymach bijących z wojny
izraelsko-arabskiej niektórzy próbują uwędzić swoje półgęski ideowe". Teraz
żadnej wojny oczywiście już nie ma; zaostrza się tylko walka o pokój, przy
której dymu jest niewiele. Na szczęście nie brakuje oparów absurdu, w których
od biedy też to i owo można uwędzić, toteż wszyscy próbują. W rezultacie, po
"becikowym" mamy propozycję "senioralnego", tj. zasiłku dla emerytów,
następnie - "stypendialnego", tj. zasiłku dla uczącej się młodzieży, za którym
idzie "rolniczy", w postaci subwencji do paliwa "rolniczego", a całość wieńczy
"godnościowy" - czyli zasiłek dla tych, co to "nie ze swojej winy" nie mogą
znaleźć pracy.
Jak widać, pomysłowość partii politycznych jest bogata, ale w tej
różnorodności jest i wspólny mianownik. Partie oferują te prezenty obywatelom
nie ze swoich, partyjnych pieniędzy, tylko z pieniędzy publicznych. Pieniądze
publiczne zaś tworzą się z podatków, wcześniej tymże obywatelom odebranych.
Krótko mówiąc, partie robią obywatelom prezenty na ich koszt.
Jest to oczywiście pewien postęp, bo przecież mogłyby wszystko rozkraść same,
ale czy to nie nazbyt skomplikowany sposób? Przecież znacznie prościej byłoby
nie odbierać tyle obywatelom w podatkach, dzięki czemu nie trzeba by później
oddawać im części tego w postaci zasiłków.
Na przykład, zamiast "becikowego", które w końcu jednak spodobało się nawet
Platformie Obywatelskiej, można by obniżyć stawkę VAT na artykuły dla dzieci z
22 proc. np. do trzech, albo nawet - do zera? Zamiast "senioralnego" - znieść
podatek dochodowy od emerytów i rencistów? Zamiast "rolniczego" - obniżyć,
albo w ogóle znieść akcyzę na paliwa, czy wreszcie - zamiast "godnościowego" -
zredukować obciążenia nakładane na wynagrodzenia, dzięki czemu obniżyłyby się
koszty pracy i wielu bezrobotnych znalazłoby zatrudnienie? Teoretycznie można
by to zrobić, ale - po co? Wszystkie te operacje mają charakter jednorazowy;
jeśli znosi się np. podatek dochodowy od emerytów, to raz na zawsze. Tymczasem
dzisiaj "senioralne" może wynosić 500 zł, ale po podwyżce podatku dochodowego
od emerytów można będzie go corocznie indeksować, dajmy na to, o 1 procent,
zaskarbiając sobie wdzięczność emerytów, no i oczywiście - ich głosy. Widać
jak na dłoni konflikt między interesem partyjnym a interesem państwowym, w
którym oczywiście wygrywa interes partyjny, bo niby jakże inaczej?
Opozycja, czy zasady?
Na tym tle warto ze szczególnym uznaniem odnotować inicjatywę pani wicepremier
Zyty Gilowskiej, która zapowiedziała zniesienie podatku od darowizn. Szkoda,
że tylko od darowizn, a nie również od spadków, bo obydwa podatki mają tę samą
nieusuwalną wadę: są niemoralne. Podatek od spadków i podatek od darowizn
pobierane są od dochodów (albo od majątków utworzonych z dochodów) już raz
opodatkowanych. Jedynym powodem pobierania podatku spadkowego jest
okoliczność, że umarł ktoś z rodziny, zaś jedynym powodem pobierania podatku
od darowizn jest okoliczność, że jeden człowiek drugiemu człowiekowi okazał
bezinteresowną życzliwość. W pierwszym przypadku władza publiczna zachowuje
się jak hiena, w drugim - daje do zrozumienia, że bezinteresowna życzliwość
jest źle widziana. Byłoby nam więc przyjemniej, gdyby pani wicepremier
Gilowska za jednym zamachem zlikwidowała również podatek od spadków, ale widać
nie ma rzeczy doskonałych, więc, jak to mówią, dobra psu i mucha.
Zresztą między zapowiedzią, a realizacją odległość jest jeszcze większa, niż
między ustami, a brzegiem pucharu. Nie tylko dlatego, że jak partia mówi, że
zniesie podatek - to mówi. Jestem przekonany, że pani wicepremier Gilowska
naprawdę ma taką intencję; zresztą jest akurat bezpartyjna, więc może sobie
pozwolić na pewne demonstracje. Bardziej prawdopodobne, że pomysł ten napotka
na zdecydowany opór naszych elit politycznych w parlamencie, które mogą
potraktować go jako zamach na własne prawa nabyte: "Gdy kradniesz gwóźdź lub
drutu szpulę, uszczuplasz przez to całą pulę. A pula nie jest do kradzieży!
Pula się cała nam należy!" - tłumaczył Towarzysz Szmaciak. Dlatego też, jeśli
w ogóle dojdzie do debaty nad tym projektem w Sejmie, będę ogromnie ciekaw
reakcji zwłaszcza Platformy Obywatelskiej; czy opowie się za likwidacją
podatku od darowizn, czy i w tej sprawie będzie nieugięcie trwała w "twardej
opozycji".
Stanisław Michalkiewicz, Interia.pl