hiro
07.03.03, 20:26
O co toczy się gra?
Adam Wielomski
Mniej więcej za jakiś miesiąc Irak przestanie istnieć, Saddam Husajn nie
będzie
już żył, lub też dostanie się w łapy Amerykanów, którzy wytoczą mu proces w
najlepszym stalinowskim stylu, taki sam jaki jakieś samozwańcze narody
zjednoczone wytoczyły byłemu suwerenowi Jugosławii. Należę do tych
nielicznych
ludzi, którzy od samego początku udzielali poparcia Saddamowi Husajnowi - nie
ze względu na jakąś sympatię dla dyktatora Iraku, bo raczej sympatycznym to
on
się nie wydaje, ale ze względu na pewne zasady. Polityka Stanów Zjednoczonych
budzi mój wstręt.
Jednym z zasadniczych powodów rzekomej wyższości demokracji nad formami
autorytarnymi jest podobno pokojowy charakter demokracji, przeciwstawiony
militarystycznym autorytaryzmom. Pokojowy? To chyba żart. Stany Zjednoczone
uczestniczyły w ostatnich latach w tylu wojnach, najechały tyle suwerennych
państw, że trudno je nazwać państwem pokojowym. Wymienię tylko te, które
pamiętam: inwazje na Haiti, Grenadę, Irak, Serbię, Afganistan, Somalię,
Panamę.
Amerykańskie siły okupacyjne - zwane eufemistycznie "pokojowymi" - gnębią lub
gnębiły wiele narodów świata. A wszystko to w imię demokracji i obrony praw
człowieka. I właśnie to ideologiczne uzasadnienie powoduje mój głęboki
sprzeciw
wobec amerykańskiego imperializmu. Ameryka nie broni żadnych praw człowieka.
Wszystkie "pokojowe" wojny Stanów Zjednoczonych mają cele polityczne i
gospodarcze. Poprzez kolejne wojny rząd amerykański nakręca koniunkturę
gospodarczą, dzięki zakupom broni. Wojna z Afganistanem, bliska z Irakiem i
kolejna zapowiadana - z Koreą - nieprzypadkowo zbiegają się z recesją. Wall
Street znalazła sposób na wychodzenie z recesji poprzez koniunkturę wojenną.
Ameryka cierpi na znaczną nadprodukcję i musi zwiększać chłonność rynku przez
wojny zaczepne - pewnym paradoksem jest, że zjawisko to po raz pierwszy
opisał
bodaj Włodzimierz Lenin, wprowadzając pojęcie "imperializmu jako najwyższego
stadium kapitalizmu".
W wojnie z Irakiem nie chodzi przecież o żadne prawa człowieka, czy
rozpowszechnianie broni masowego rażenia, bo najwięcej broni tego typu w tym
rejonie posiada Izrael - mający nie mniej wojowniczych przywódców co Irak.
Telewizja podała ostatnio, że Amerykanie planują, zaraz na początku wojny,
zrzucić komandosów w celu "zabezpieczenia irackich szybów naftowych przed
podpaleniem przez Irakijczyków". Ciekawe dlaczego Amerykanie tak martwią się
o
te szyby naftowe? Czyżby to był powód wojny? Czy też powodem tym jest groźba
wyprodukowania bomby atomowej, która mogłaby spaść na Jerozolimę?
Prawdopodobnie obydwie te przyczyny się łączą, dowodząc zarazem rzeczywistych
intencji Amerykanów. I nie miałbym nic przeciwko tej wojnie, gdyby prezydent
George Bush powiedział: "Irak należy do obcego i wrogiego nam świata
islamskiego. Cywilizacja zachodnia musi bronić swoich interesów politycznych
i
ekonomicznych. Nasza racja stanu wymaga zniszczenia Iraku i zaprowadzenia tam
naszego porządku". Gdyby tak zostało to powiedziane, to stwierdziłbym, że są
to
słowa zasługujące na szacunek. Bush byłby wtedy nowym wcieleniem Ludwika
Świętego, który rozpoczął wojnę w celu rozszerzenia obszaru dominacji
cywilizacji zachodniej nad wschodnimi barbarzyńcami; byłby jak Juliusz Cezar
podbijający Gallów, aby zanieść im zasady klasycznej cywilizacji i kultury.
Co
jednak słyszymy? Bajdurzenie o wojnie pomiędzy światem demokracji a "osią
zła"
państw rządzonych przez dyktatorów, gdzie nie są przestrzegane prawa
człowieka!
Ohyda! Jak po 11 września można powtarzać ideologiczne mrzonki Francisa
Fukuyamy? Jako członek cywilizacji zachodniej, oczywiście poparłbym krucjatę
przeciwko światu obcego nam islamu. Ale jako autorytarysta i
antydemokrata...?
Co mam uczynić, gdy słyszę o krucjacie demokratycznego mocarstwa, które
niczym
protestancki kaznodzieja naucza o prawach człowieka, na państwo, któremu obce
są nihilistyczne wzorce liberalnej demokracji? Oczywiście popieram Saddama
Husajna - tylko za to, że nie jest demokratą i nie przestrzega praw
człowieka.
Popieram Irak, mimo że nie należy on do naszego świata cywilizacyjnego,
podczas
gdy Stany Zjednoczone w jakiś tam sposób przynależą (choć są na peryferiach
katolickiej wizji porządku). Już widać jak będzie wyglądała ta wojna: na
amerykańskich bombach, które spadną na Bagdad, na irackie szpitale i szkoły,
będą narysowane białe gołąbki pokoju - Stany Zjednoczone walczą przecież nie
przeciwko Irakowi, ale "przeciwko wojnie" i irackim zbrojeniom. Agresja
amerykańska nie będzie klasyczną wojną, lecz "pokojową interwencją" w obronie
praw człowieka, demokracji i pokoju. Prawdopodobnie Prezydent Bush nawet nie
wypowie Irakowi wojny, gdyż to nie będzie wojna, a jedynie akcja policyjna w
obronie pokoju, wolności i tolerancji. Jak się słyszy taki cynizm, to jak
można
nie sympatyzować z Irakiem? To, co niepokoi, to fakt, że w tej demoliberalnej
krucjacie przeciwko "osi zła" wezmą udział także nasi żołnierze. Czyżby
Leszek
Miller liczył na jakieś pola naftowe w Iraku? Śmiechu warte.