Dodaj do ulubionych

OD DZISIAJ SZACUNEK MOŚCI PANOWIE!!!!!!-ELŻBIECIE

07.03.03, 20:26
O co toczy się gra?
Adam Wielomski
Mniej więcej za jakiś miesiąc Irak przestanie istnieć, Saddam Husajn nie
będzie
już żył, lub też dostanie się w łapy Amerykanów, którzy wytoczą mu proces w
najlepszym stalinowskim stylu, taki sam jaki jakieś samozwańcze narody
zjednoczone wytoczyły byłemu suwerenowi Jugosławii. Należę do tych
nielicznych
ludzi, którzy od samego początku udzielali poparcia Saddamowi Husajnowi - nie
ze względu na jakąś sympatię dla dyktatora Iraku, bo raczej sympatycznym to
on
się nie wydaje, ale ze względu na pewne zasady. Polityka Stanów Zjednoczonych
budzi mój wstręt.

Jednym z zasadniczych powodów rzekomej wyższości demokracji nad formami
autorytarnymi jest podobno pokojowy charakter demokracji, przeciwstawiony
militarystycznym autorytaryzmom. Pokojowy? To chyba żart. Stany Zjednoczone
uczestniczyły w ostatnich latach w tylu wojnach, najechały tyle suwerennych
państw, że trudno je nazwać państwem pokojowym. Wymienię tylko te, które
pamiętam: inwazje na Haiti, Grenadę, Irak, Serbię, Afganistan, Somalię,
Panamę.
Amerykańskie siły okupacyjne - zwane eufemistycznie "pokojowymi" - gnębią lub
gnębiły wiele narodów świata. A wszystko to w imię demokracji i obrony praw
człowieka. I właśnie to ideologiczne uzasadnienie powoduje mój głęboki
sprzeciw
wobec amerykańskiego imperializmu. Ameryka nie broni żadnych praw człowieka.
Wszystkie "pokojowe" wojny Stanów Zjednoczonych mają cele polityczne i
gospodarcze. Poprzez kolejne wojny rząd amerykański nakręca koniunkturę
gospodarczą, dzięki zakupom broni. Wojna z Afganistanem, bliska z Irakiem i
kolejna zapowiadana - z Koreą - nieprzypadkowo zbiegają się z recesją. Wall
Street znalazła sposób na wychodzenie z recesji poprzez koniunkturę wojenną.
Ameryka cierpi na znaczną nadprodukcję i musi zwiększać chłonność rynku przez
wojny zaczepne - pewnym paradoksem jest, że zjawisko to po raz pierwszy
opisał
bodaj Włodzimierz Lenin, wprowadzając pojęcie "imperializmu jako najwyższego
stadium kapitalizmu".

W wojnie z Irakiem nie chodzi przecież o żadne prawa człowieka, czy
rozpowszechnianie broni masowego rażenia, bo najwięcej broni tego typu w tym
rejonie posiada Izrael - mający nie mniej wojowniczych przywódców co Irak.
Telewizja podała ostatnio, że Amerykanie planują, zaraz na początku wojny,
zrzucić komandosów w celu "zabezpieczenia irackich szybów naftowych przed
podpaleniem przez Irakijczyków". Ciekawe dlaczego Amerykanie tak martwią się
o
te szyby naftowe? Czyżby to był powód wojny? Czy też powodem tym jest groźba
wyprodukowania bomby atomowej, która mogłaby spaść na Jerozolimę?
Prawdopodobnie obydwie te przyczyny się łączą, dowodząc zarazem rzeczywistych
intencji Amerykanów. I nie miałbym nic przeciwko tej wojnie, gdyby prezydent
George Bush powiedział: "Irak należy do obcego i wrogiego nam świata
islamskiego. Cywilizacja zachodnia musi bronić swoich interesów politycznych
i
ekonomicznych. Nasza racja stanu wymaga zniszczenia Iraku i zaprowadzenia tam
naszego porządku". Gdyby tak zostało to powiedziane, to stwierdziłbym, że są
to
słowa zasługujące na szacunek. Bush byłby wtedy nowym wcieleniem Ludwika
Świętego, który rozpoczął wojnę w celu rozszerzenia obszaru dominacji
cywilizacji zachodniej nad wschodnimi barbarzyńcami; byłby jak Juliusz Cezar
podbijający Gallów, aby zanieść im zasady klasycznej cywilizacji i kultury.
Co
jednak słyszymy? Bajdurzenie o wojnie pomiędzy światem demokracji a "osią
zła"
państw rządzonych przez dyktatorów, gdzie nie są przestrzegane prawa
człowieka!
Ohyda! Jak po 11 września można powtarzać ideologiczne mrzonki Francisa
Fukuyamy? Jako członek cywilizacji zachodniej, oczywiście poparłbym krucjatę
przeciwko światu obcego nam islamu. Ale jako autorytarysta i
antydemokrata...?
Co mam uczynić, gdy słyszę o krucjacie demokratycznego mocarstwa, które
niczym
protestancki kaznodzieja naucza o prawach człowieka, na państwo, któremu obce
są nihilistyczne wzorce liberalnej demokracji? Oczywiście popieram Saddama
Husajna - tylko za to, że nie jest demokratą i nie przestrzega praw
człowieka.

Popieram Irak, mimo że nie należy on do naszego świata cywilizacyjnego,
podczas
gdy Stany Zjednoczone w jakiś tam sposób przynależą (choć są na peryferiach
katolickiej wizji porządku). Już widać jak będzie wyglądała ta wojna: na
amerykańskich bombach, które spadną na Bagdad, na irackie szpitale i szkoły,
będą narysowane białe gołąbki pokoju - Stany Zjednoczone walczą przecież nie
przeciwko Irakowi, ale "przeciwko wojnie" i irackim zbrojeniom. Agresja
amerykańska nie będzie klasyczną wojną, lecz "pokojową interwencją" w obronie
praw człowieka, demokracji i pokoju. Prawdopodobnie Prezydent Bush nawet nie
wypowie Irakowi wojny, gdyż to nie będzie wojna, a jedynie akcja policyjna w
obronie pokoju, wolności i tolerancji. Jak się słyszy taki cynizm, to jak
można
nie sympatyzować z Irakiem? To, co niepokoi, to fakt, że w tej demoliberalnej
krucjacie przeciwko "osi zła" wezmą udział także nasi żołnierze. Czyżby
Leszek
Miller liczył na jakieś pola naftowe w Iraku? Śmiechu warte.
Obserwuj wątek
    • hiro ELA -POPARCIE 07.03.03, 20:32

      Przygotowania administracji USA do wojny z Irakiem ujawniły niebezpieczny
      mechanizm, dzięki któremu urzędnicy George'a W. Busha starają się zdobyć
      poparcie świata dla polityki tego kraju. Waszyngton obietnicami transferów
      dolarowych, korzystnymi umowami gospodarczymi, "transakcjami politycznymi" lub
      groźbą bojkotu gospodarczego stara się nakłonić państwa mające jakiekolwiek
      znaczenie dla planów zaatakowania Iraku do poparcia USA. Co więcej, amerykańscy
      decydenci chcą w ten sposób uzyskać również aprobatę Rady Bezpieczeństwa.
      Choć Waszyngton już dawno sugerował, że zaatakuje Irak nawet bez zgody ONZ,
      usankcjonowanie agresji przez to międzynarodowe gremium ma dla USA duże
      znaczenie moralne. Stosowna rezolucja usprawiedliwiłaby amerykańską politykę i
      dałaby administracji Busha argument przeciwko coraz powszechniejszej krytyce
      jej wojennych planów. Ponadto od przyzwolenia ONZ wielu sojuszników Stanów
      Zjednoczonych uzależnia swoje poparcie dla uderzenia na Irak.
      Waszyngton forsuje więc w Radzie Bezpieczeństwa ONZ rezolucję uznającą, iż Irak
      nie wypełnił postanowień poprzedniej rezolucji nr 1441 z ubiegłego roku,
      nakazującej mu rozbrojenie. To zaś otwierałoby USA drogę do rozpoczęcia ataku.
      Jednak większość członków RB ONZ - przynajmniej jeszcze do niedawna - była
      przeciwna wojnie. Administracja Busha - jak relacjonował niedawno "New York
      Times" - opracowała więc plan "przekonania" tego gremium. Przewiduje on
      uzyskanie poparcia maksymalnej liczby państw mających przedstawiciela w RB ONZ
      i nakłonienie do niewetowania tych krajów, które nie dadzą się namówić do
      poparcia projektu USA.
      Jak to osiągnąć? Waszyngton stosuje różne metody, w zależności od sytuacji
      poszczególnych państw. Sposoby te jednak nie są nowe. Sprowadzają się do
      przekupstwa lub szantażu.

      Waszyngton kupi rezolucję ONZ?
      W Radzie Bezpieczeństwa ONZ zasiadają przedstawiciele 15 państw. Pięć z nich to
      członkowie stali, mający prawo weta: USA, Wielka Brytania, Rosja, Francja i
      Chiny. Dziesięciu natomiast zmienia się co 2 lata. Obecnie swoich
      przedstawicieli w Radzie mają: Niemcy, Bułgaria, Hiszpania, Pakistan, Chile,
      Syria, Meksyk, Angola, Gwinea, Kamerun. Zgodę znacznej części tych krajów USA
      starają się "kupić".
      Hiszpania i Wielka Brytania od początku stoją po stronie Stanów Zjednoczonych.
      Specjalne stosunki z tym krajem zobowiązują do "lojalności" również Pakistan.
      Poparcie Bułgarii jest zapewne "podziękowaniem" za zaproszenie tego kraju do
      NATO i jednocześnie "ceną" za poparcie jej starań o wejście do Unii
      Europejskiej. Chile - według mediów - Waszyngton oferował ulgi celne w
      eksporcie towarów z tego kraju do USA. Meksykowi natomiast obiecano ułatwienia
      w legalizacji pobytu wielu jego obywateli w Stanach Zjednoczonych. Angoli z
      kolei USA oferowały - jak donosił niedawno brytyjski "The Times" - korzystne
      umowy z amerykańskimi kompaniami naftowymi w eksploatacji złóż ropy. Zaś
      pozostałym dwom krajom afrykańskim - Gwinei i Kamerunowi - bezpośrednią pomoc
      finansową. USA liczą na poparcie tych krajów podczas przyszłotygodniowego
      głosowania.
      Pozostają jednak najbardziej "oporni" dotąd stali członkowie RB ONZ - Rosja,
      Francja i Chiny, oraz dwaj członkowie rotacyjni: Niemcy i Syria.

      Rosja nieprzekonana?
      Rosja była uważana do niedawna za największego przeciwnika wojny z Irakiem.
      Jednak Waszyngton bardzo mocno naciska, by Moskwa nie zawetowała w Radzie
      Bezpieczeństwa amerykańskiego projektu. A to już wystarczy, by rezolucja
      została przyjęta (gdyby udało się również przekonać pozostałych stałych
      członków RB).
      Pod koniec lutego przedstawiciel administracji USA zasugerował, że Rosja może
      nie zawetować amerykańskiego projektu rezolucji zezwalającej na zaatakowanie
      Iraku. Informacje te zbiegły się w czasie z wizytą w Waszyngtonie wysłannika
      prezydenta Rosji.
      Administracja George'a W. Busha stara się pozyskać poparcie Moskwy na wiele
      sposobów. Według brytyjskiego "The Times", USA chcą zagwarantować Rosji spłatę
      irackiego zadłużenia na sumę 10-12 mld USD i oferują kontrakty naftowe. Zwraca
      się też uwagę, że niecałe 2 tygodnie temu podczas wizyty w Moskwie
      przedstawiciel Kongresu USA Tom Lanthos bagatelizował doniesienia o rosyjskich
      zbrodniach w Czeczenii. Poinformował on również o wpisaniu trzech czeczeńskich
      organizacji na amerykańską "czarną listę" organizacji terrorystycznych. Mogłoby
      to świadczyć o tym, że w zamian za poparcie Rosji Waszyngton daje jej nadal
      wolną rękę w utrwalaniu wpływów na Kaukazie.

      Chiny i Syria
      Kolejnymi "żelaznymi" przeciwnikami są Chiny i Syria. Wobec Chin Waszyngton
      przyjął również politykę "transakcji". Podczas ostatnich wizyt w tym kraju
      przedstawiciele administracji USA bagatelizowali chińskie pacyfikacje
      muzułmanów w zdominowanej przez nich prowincji Xinjang. Pojawiły się więc
      sugestie, że Amerykanie chcą zostawić Pekinowi wolną rękę w "załatwieniu
      konfliktu", podobnie jak to zadeklarowali w Rosji wobec Czeczenii. Wysłannicy
      Białego Domu oferowali też specjalne kontrakty gospodarcze.
      Nie ma natomiast informacji, by Stany Zjednoczone w podobny sposób próbowały
      pozyskać Syrię, która niezmiennie sprzeciwia się ich projektowi. Kraj ten,
      znajdujący się na amerykańskiej liście państw "osi zła" i wymieniany wśród
      potencjalnych nowych celów agresji USA, nie ma jednak prawa weta w RB ONZ.

      Niemcom zagrożą recesją
      Potęga gospodarki niemieckiej, nawet mimo kryzysu, sprawia, że za najbardziej
      skuteczny sposób wobec tego kraju Waszyngton uznał groźbę szantażu
      gospodarczego.
      Niemieccy eksporterzy ostrzegli dwa tygodnie temu władze federalne, że ich
      konflikt dyplomatyczny z Waszyngtonem może spowodować 10-procentowy spadek
      eksportu z RFN do USA - podała agencja Reutera. Wyjaśnili też rządowi Gerharda
      Schroedera, że przekłada się to na znaczący spadek niemieckiego Produktu
      Krajowego Brutto. To zaś może być bardzo groźne nie tylko dla gospodarki RFN,
      lecz także dla rządu, który obarczany jest winą za obecny kryzys.
      Warto przypomnieć, że w ubiegłym roku PKB tego kraju wyniósł jedynie 0,4 proc.
      i przed recesją uratował Niemcy tylko zwiększony eksport, m.in. do Stanów
      Zjednoczonych, które są największym jego odbiorcą na świecie. Jeśli w tym roku,
      który również zapowiada się jako niełatwy dla niemieckiej gospodarki, eksport
      znacznie spadnie, może to się przyczynić do wzrostu zagrożenia recesją.
      Anton Boerner, przewodniczący BGA - stowarzyszenia hurtowników i eksporterów
      niemieckich - uznał zaś, że "są oznaki w obu partiach - republikańskiej i
      demokratycznej, że myślą one o ukaraniu niemieckich i francuskich produktów".

      Francuzom pozostanie wino...
      Francję za sprzeciw wobec planów zaatakowania Iraku USA karzą głównie
      napastliwą kampanią medialną i groźbą bojkotu ekonomicznego. Może on dotknąć
      przede wszystkim producentów alkoholi, zwłaszcza win, które stanowią
      główny "przebój" eksportowy kraju nad Sekwaną.
      Przedstawiciele francuskiej grupy Pernod Ricard, trzeciego co do wielkości
      producenta alkoholi na świecie, wyrazili niedawno obawy, że wiele z ich
      produktów może być wkrótce zastąpione na amerykańskich stołach przez trunki
      rodzime lub importowane, konkurencyjne dla francuskich - jak szkocka whisky, a
      nawet polskie wódki.
      Ponadto agencja Reutera podała informację, że pewni amerykańscy inwestorzy
      zrezygnowali dwa tygodnie temu z zakupu wartych 350 mln USD obligacji
      wyemitowanych przez koncern Legrand, francuskiego producenta sprzętu
      elektrycznego.
      Dość mocnym środkiem nacisku jest też kampania w mediach, pokazująca Francję w
      złym świetle. Przeciwko temu protestowali niedawno francuscy merowie.

      ...Belgom diamenty
      Również Belgia może odczuć gniew Stanów Zjednoczonych na swoim eksporcie do
      tego kraju. Choć żaden Belg nie zasiada w RB ONZ, to państwo to naraziło się
      Waszyngtonowi blokowaniem jego inicjatywy o zapewnieniu Turcji dodatkowej
      ochrony z NATO. Belgia jako członek Sojuszu blokow
      • hiro Re: ELA -POPARCIE 07.03.03, 20:41
        Francuzom pozostanie wino...
        Francję za sprzeciw wobec planów zaatakowania Iraku USA karzą głównie
        napastliwą kampanią medialną i groźbą bojkotu ekonomicznego. Może on dotknąć
        przede wszystkim producentów alkoholi, zwłaszcza win, które stanowią
        główny "przebój" eksportowy kraju nad Sekwaną.
        Przedstawiciele francuskiej grupy Pernod Ricard, trzeciego co do wielkości
        producenta alkoholi na świecie, wyrazili niedawno obawy, że wiele z ich
        produktów może być wkrótce zastąpione na amerykańskich stołach przez trunki
        rodzime lub importowane, konkurencyjne dla francuskich - jak szkocka whisky, a
        nawet polskie wódki.
        Ponadto agencja Reutera podała informację, że pewni amerykańscy inwestorzy
        zrezygnowali dwa tygodnie temu z zakupu wartych 350 mln USD obligacji
        wyemitowanych przez koncern Legrand, francuskiego producenta sprzętu
        elektrycznego.
        Dość mocnym środkiem nacisku jest też kampania w mediach, pokazująca Francję w
        złym świetle. Przeciwko temu protestowali niedawno francuscy merowie.

        ...Belgom diamenty
        Również Belgia może odczuć gniew Stanów Zjednoczonych na swoim eksporcie do
        tego kraju. Choć żaden Belg nie zasiada w RB ONZ, to państwo to naraziło się
        Waszyngtonowi blokowaniem jego inicjatywy o zapewnieniu Turcji dodatkowej
        ochrony z NATO. Belgia jako członek Sojuszu blokowała przez pewien czas tę
        decyzję - wraz z Francją i Niemcami.
        Rzecznik Diamond High Council, belgijskiej grupy przemysłowej, skarżył się 2
        tygodnie temu, że otrzymuje ona "sygnały wskazujące na obniżenie zamówień".
        Dotyczy to głównego belgijskiego produktu eksportowego, czyli diamentów. Choć
        pochodzą one głównie z Afryki, zwykle z biednych krajów wstrząsanych od lat
        konfliktami, jak Demokratyczna Republika Konga, Angola czy Sierra Leone, to
        właśnie w Belgii są najczęściej szlifowane i stąd trafiają do bogatych krajów.
        USA są jednym z ich największych odbiorców. Za ocean diamenty trafiają głównie
        z Antwerpii, największego światowego centrum dystrybucji. Roczna wartość tej
        sprzedaży szacowana jest na ponad 2 miliardy USD. Diamenty stanowią 25 proc.
        belgijskiego eksportu do Stanów Zjednoczonych.

        Turcja chce pieniędzy i "wolnej ręki" w Iraku
        W amerykańskich planach ataku na Irak ważnym punktem jest tzw. północny front,
        czyli uderzenie z terenu Turcji, które zwiększyłoby skuteczność ataku i według
        ekspertów mogłoby znacznie skrócić czas wojny. By tego dokonać, Waszyngton od
        dłuższego czasu zabiegał o zgodę Ankary na wykorzystanie przez US Army
        tureckich baz.
        Turcja zażądała za to od USA ponad 30 mld USD pomocy. Ankara bezwzględnie
        wykorzystała swój atut, jakim jest upływający czas, by "wydusić" z Waszyngtonu
        żądane pieniądze. Bowiem to USA zależy na tym, by zdążyć z przygotowaniami do
        wojny do pierwszej połowy marca. To właśnie ten okres jest według ekspertów
        wojskowych ostatecznym terminem, z militarnego punktu widzenia, w którym USA
        mogą rozpocząć wojnę. Stwarza bowiem szansę na zakończenie jej przed nadejściem
        majowych upałów.
        W parlamencie w Ankarze kilkakrotnie odkładano głosowanie w sprawie
        udostępnienia Amerykanom baz. Ostatecznie w minioną sobotę kilkoma głosami
        odrzucono prośby Waszyngtonu, ale administracja Busha liczy jeszcze na zmianę
        tej decyzji.
        Turcy postawili również warunki militarno-polityczne. Nie godzą się bowiem, by
        ich wojsko, które weźmie udział w okupacji Iraku, podlegało dowództwu
        amerykańskiemu. Turcy panicznie obawiają się jakiegokolwiek wzmocnienia roli
        irackich Kurdów, z którymi Waszyngton prowadził rozmowy, planując początkowo
        użyć ich m.in. do przejęcia władzy w kraju po ewentualnym obaleniu Husajna.
        Bowiem po tureckiej stronie granicy żyje również sporo Kurdów, którym marzy się
        utworzenie własnego państwa na terenach, które zamieszkują, a więc - prócz
        Iraku i Turcji, również na obszarze Iranu i Syrii. Stąd też nie czekając na
        wynik rozmów z Amerykanami, Ankara wysłała do północnego Iraku ok. 7 tys.
        żołnierzy wraz z pojazdami opancerzonymi i czołgami.

        Przychylność Bliskiego Wschodu też kosztowna
        Znacznie tańsze zapewne będzie "kupienie" przychylności państw z regionu
        Bliskiego Wschodu, których poparcie, m.in. ze względu na bliskie położenie
        wobec Iraku, jest ważne dla USA.
        Jak donosiła niedawno brytyjska gazeta "The Times", Jordania zażądała od
        Waszyngtonu 1 mld USD bezpośredniej pomocy, a Egipt - zwiększenia
        ubiegłorocznego wsparcia o 1,3 mld USD.
        Co więcej, administracja George'a W. Busha przyzna zapewne wsparcie także
        Izraelowi. Choć oficjalnie ma to być rekompensata za "straty", jakie państwo to
        ponosi z powodu palestyńskiego powstania (sic!), rząd premiera Ariela Szarona
        domaga się tej pomocy właśnie teraz, co zapewne ma związek także z przewidywaną
        wojną z Irakiem. Warto tu dodać, że państwo żydowskie byłoby jednym z głównych
        beneficjentów - a według niektórych analityków nawet największym - obalenia
        reżimu Saddama Husajna. Mimo to Izrael, który co roku dostaje od USA blisko 3
        mld USD finansowego wsparcia (głównie pomocy wojskowej), zażądał dodatkowo 4
        mld USD bezpośredniej pomocy i 8 mld USD gwarancji kredytowych.

        "Z wdzięczności" i nie tylko...
        Stosunkowo niewiele, pod względem finansowym, będzie prawdopodobnie kosztować
        Amerykanów poparcie państw z Europy Środkowowschodniej, z których większość -
        prócz Polski, Czech i Węgier - ubiega się o członkostwo w NATO. Właśnie dlatego
        kraje takie jak Słowacja, Bułgaria, Rumunia czy Litwa, które na ubiegłorocznym
        szczycie w Pradze zostały zaproszone do Sojuszu, poparciem dla polityki USA
        zapewne "odwdzięczają się" temu krajowi za poparcie ich starań. Liczą jednak
        również na pewne korzyści z tego tytułu, proporcjonalne do przewidywanej przez
        Waszyngton roli tych państw w ewentualnej wojnie z Irakiem.
        Na korzyści takie liczą także 3 wspomniane kraje, które niedawno stały się
        członkami Paktu. Jak dotąd nie padły żadne konkretne liczby, jednak od pewnego
        czasu Waszyngton wysyła sygnały, że nowe inwestycje w amerykańskich bazach w
        Europie będą ulokowane głównie w Polsce i na Węgrzech. Ma to być dodatkowy
        środek nacisku na Berlin, sprzeciwiający się planom USA. Według
        brytyjskiego "Financial Times", rząd Leszka Millera zabiega ponadto o zgodę
        Waszyngtonu na udział firm z Polski w odbudowie Iraku, dopuszczenie niektórych
        polskich towarów na rynek tego kraju oraz gwarancje spłaty irackiego zadłużenia
        wobec naszego kraju.

        Świat pod władzą USA?
        Głosowanie w RB ONZ pokaże, czy kraje zasiadające w niej oprą się amerykańskim
        naciskom. Udział w ewentualnej wojnie ujawni też prawdziwe stanowisko
        pozostałych państw. Już teraz natomiast można zaobserwować m.in. dwa ważne
        zjawiska.
        Otóż próbując przekupić kraje, które liczą się w amerykańskich planach ataku na
        Irak, USA potwierdzają wysuwane pod ich adresem zarzuty, że Waszyngton nie ma
        merytorycznych, przekonujących dowodów na poparcie oskarżeń wobec reżimu w
        Bagdadzie. Postępowanie administracji Busha daje również podstawy do obaw o
        losy świata, któremu siłą, przekupstwem bądź szantażem jeden kraj może narzucić
        swoją hegemonię.
        Mariusz Bober
        Francuzom pozostanie wino...
        Francję za sprzeciw wobec planów zaatakowania Iraku USA karzą głównie
        napastliwą kampanią medialną i groźbą bojkotu ekonomicznego. Może on dotknąć
        przede wszystkim producentów alkoholi, zwłaszcza win, które stanowią
        główny "przebój" eksportowy kraju nad Sekwaną.
        Przedstawiciele francuskiej grupy Pernod Ricard, trzeciego co do wielkości
        producenta alkoholi na świecie, wyrazili niedawno obawy, że wiele z ich
        produktów może być wkrótce zastąpione na amerykańskich stołach przez trunki
        rodzime lub importowane, konkurencyjne dla francuskich - jak szkocka whisky, a
        nawet polskie wódki.
        Ponadto agencja Reutera podała informację, że pewni amerykańscy inwestorzy
        zrezygnowali dwa tygodnie temu z zakupu wartych 350 mln USD obligacji
        wyemitowanych przez koncern Legrand, francuskiego producenta sprzętu
        elektryc
    • marek_p ELŻBIETA i Dzień Tulipana 08.03.03, 11:18
      Maksio się tego nie spodziewał. Sugerował zupełnie co innego...
      Problem Elżbiety polega na tym, że ona nie dyskutuje, tylko cytuje...

      Czasem coś jej się uda zacytować mądrego :)

      Elu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :)
      • hiro Re: ELŻBIETA i Dzień Tulipana 08.03.03, 18:32
        marek_p napisał:

        > Maksio się tego nie spodziewał. Sugerował zupełnie co innego...
        gratulacje-niezła papuga z marka.p

        > Problem Elżbiety polega na tym, że ona nie dyskutuje, tylko cytuje...
        > a co w tym złego?
        > Czasem coś jej się uda zacytować mądrego :)
        > a tobie.......:-))))))
        > Elu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka