sueellen
30.12.09, 21:28
Wigilia, rano
Ostatnie zakupy. Moj facet pracowal do pozna by skonczyc ostatni tegoroczny
projekt i wreszcie zaczac urlop. Poszedl do lozka nad ranem, wiec spi jak
zabity. A tu chleb trzeba kupic i pare drobiazgow. Zbieram sie i wychodze. W
sklepach dlugasne kolejki. W M&S po raz pierwszy mnie przepuszczaja do kasy.
Babka pyta kiedy mam termin. - Za tydzien.
Wigilia, 15:30
Miedzy gotowaniem barszczu czerwonego i ostatnim pakowaniem prezentow
postanowilam wziac prysznic. Spiesze sie, bo samolot z rodzinka na pokladzie
laduje za niecale 3 godziny a dojazd zajmuje od nas godzine. Pod prysznicem
czuje, ze siusiam. Patrze na nogi ale woda nie zabarwia sie na zolto. Czyzby
wody? Moze mi sie tylko wydaje. Wychodze spod prysznica, podnosze noge zeby
wytrzec stope w recznik. Na podlodze tworzy sie kaluza wody. O cholera!
Jeszcze niedowierzam, ale jednak to to. Polozna mowila, ze dziecko musi sie
urodzic w ciagu 48 od odejscia wod. Nie mam zadnych skurczy, nic nie boli,
wiec moze uda sie zjesc kolacje? Tak czy owak dzwonie na porodowke i uprzedzam
ze za godzinke sie zjawie.
Wigilia, 17:00
Zamiast na lotnisko jade do szpitala. Podlaczaja mnie do KTG. Wody dalej
odchodza, skurcze niby sa ale jakby nie bylo, rozwarcie na dwa palce. Zero
bolu. Leze przypieta, moj mezczyzna jedzie po rodzinke.
Wigilia, 18:00
Badanie skonczone. Nudzi mi sie. Ksiazka zostala w torbie w samochodzie. Pytam
poloznej co dalej. A ona ze w sumie moglabym jechac do domu na kolacje, ale
moj partner nie wroci przed 19:00. Postanawiam jechac sama. Wychodze przed
szpital, szukam taksowki. Nie ma, ale podjezdza autobus. Wsiadam. Nie mam kasy
na oysterce (bilet elektroniczny). Kierowca pozwala mi jechac na gape bo
drobnych tez nie mam oczywiscie a on nie ma rozmienic. W autobusie pusto, wiec
sobie chwile gadamy. Mowie mu ze moze juz jutro urodze.
Wigilia, 19:00
Samolot opozniony. Dopiero wyladowal. Nakrywam do stolu, Poprawiam makijaz,
maluje paznokcie i ogladam Dr Hausa na kompie
Wigilia. 20:00
Lapie mnie pierwszy potezny skurcz. Lzy pociekly po policzkach tworzac dwie
piekne czarne linie. Wchodza goscie.
Wigilia, 21:00
Siedzimy przy stole, jemy pierogi, gadamy. Kolendy leca w tle. Skurcz. Wstaje
- stoje w rozkroku przy regale. Ojciec nalega bysmy pojechali juz do szpitala.
Moj partner zapisuje co ile mam skurcze. Jeszcze czas.
Wigilia, 22:00
Skurcze od godziny regularne co 3-5 min. Dostaje krecka, nie moge znalezc
pozycji. Boli jak cholera. Moj facet lapie za fotelik samochodowy. Ja na to
zeby zostawil, ale on chce go zabrac juz teraz. Zaczynam zachowywac sie jak
opetana poddana egzorcyzmom. - listen to meeeeee!!! Leave the carseat! -
krzycze do niego. Rodzinka patrzy z przerazeniem, ojciec blady jak sciana.
Wigilia, 22:30
Porodowka. Cisnienie mam zdecydowanie za wysokie. Podlaczaja mnie pod ktg,
przychodzi lekarz. Daja cos na oslone serca. Do tej pory nie wiem dokladnie co
i po co. Rozwarcie 4 cm. Chwile leze pod ktg. Dostaje tlen. Czuje ze musze sie
zalatwic. Ide do lazienki. O tak, teraz mi duzo lepiej. Skurcze porodowe
najlepiej sie znosi na desce klozetowej! Nie moge sie wyproznic. Polozna
krzyczy zeby nie przec bo sie dziecko do kibla urodzi. W myslach pukam sie w
czolo. Taaa, 4cm i sie urodzi. Jak? Ja nie rodze, kupe mi sie chce! Nie udalo
mi sie wyproznic, moj facet sciaga mnie niemal sila z sedesu. Wracam do lozka.
Nie podoba mi sie to ze jestem podlaczona do ktg, ale polozna twierdzi ze
niestety to konieczne.
Wigilia, 23:00
Prosze o znieczulenie. Anestezjolog na bloku operacyjnym. Zostaje wezwany, ale
przyjdzie dopiero jak skonczy.
Wigilia, 23:20
Przychodzi anestezjolog. Przygotowuje mnie do ZZO. Widze w nim aniola. Skurcze
potezne. Na co drugim krzycze, nie moge wytrzymac.
Wigilia, 23:40
Anestezjolog zwleka, w koncu odmawia podania znieczulenia. Chyba za bardzo sie
rzucalam na tym lozku. Wychodzi. Czuje sie jak rozbitek na oceanie ktory
patrzy jak odplywa lodz ratunkowa pozostawiajac go w glebinie.
Wigilia, 23:45
Polozna twierdzu, ze to skurcze parte. Nie wierze. Za szybko! Moj facet i
polozna zakladaja sie czy dziecko urodzi sie 24 czy 25 grudnia. Mam ochote
wychlastac ich po twarzach. Polozna kaze przec na skurczu, ale ja nie chce.
Nie czuje sie gotowa. Juz dwa razy mnie oszukala przeciez - wmawiala ze urodze
na kiblu i nie dala ZZO, franca jedna. W koncu robie co mowi. Miala racje -
parcie przynosi ulge - mniej boli, ale strasznie sie boje ze sie rozerwe.
Staram sie przec nie za mocno.
Boze Narodzenie, 00:00
Widac glowke. Pokazuje sie i chowa - przynajmniej tak twierdzi moj mezczyzna.
Ooo, ma ciemne wloski - a chcialem blondynke. Ostatni skurcz. W polowie
polozna kaze przestac przec i po chwili zaczac znowu. Chroni krocze.
Boze Narodzenie, 00:04
Rodzi sie moja coreczka. Mam ja na brzuchu. Nie wierze. Jest sliczna, ale nie
wierze ze to naprawde sie stalo. Moj facet lata jak zwariowany japonski
turysta - robi zdjecia i zaczyna wydzwaniac do rodziny.