To byl mój drugi poród. Za pierwszym razem (4,5 roku temu) urodziłam córeczkę w 2h. Tym razem (19 stycznia) LEDWO dojechałam do szpitala, urodziłam w 1h 20 min. Wszyscy zawsze mówią żeby czekać do skurczy co 5 minut. Nic mylniejszego. W moim przypadku skurcze zaczęły się o 6 rano i za pół godziny występowały co chwilę (co 2 minuty), szybkie wyście z domu, a tu niespodzianka - poranne korki!!! mieliśmy wybrany szpital ale po kolejnych 30 minutach w samochodzie postanowiliśmy skręcić do najbliższego szpitala bo czułam skurcze parte.Wpadamy na porodówkę a tam cieć w poczekalni pyta leniwie "co sie dzieje?" Mój mąż szybko odpowiada "żona rodzi!" A on na to: "To proszę usiąść i poczekać"

Ale babka obok niego, przytomniejsza kobieta, wskazała nam gdzie mamy sie udać. Położne w biegu mnie rozbierały bo miałam pełne rozwarcie

mąż zdążyl tylko wyciągnąć z maszynerii w poczekalni obowiązkowy fartuszek, składajacy się z 2 części, a jakże, plus ochraniacze na buty, wlecieć po schodach i już główka była na zewnątrz, chwilę potem urodziła się nasza druga córeczka, na szczęście juz na sali porodowej. Mąż niestety nie został wpuszczony na salę! tylko kazano mu czekać za parawanem! wszedł dopiero jak pani posprzątała po szyciu... ale taką mają tam politykę tak samo jak z rutynowym chlastaniem krocza. Mimo wszystko jesteśmy szczęśliwi bo mamy zdrową córeczkę i niezłą przygodę za sobą, na szczęście z happy endem