anka-grzybowska
21.12.05, 15:50
Niemal 15 miesięcy temu urodziłam syna w szpitalu na Madalińskiego w
Warszawie. Własnie trwał w najlepsze remont, warunki był makabryczne, a
oddział wyglądał tak, że co wrażliwsi uciekali gdzie pieprz rośnie.
Na Madalińskiego trafiłam dzięki mojemu ginekologowi, który kiedyś tam
pracował. Najpierw wylądowałam na patologii ciąży, którą wówczas prowadził dr
Litmanowicz. Szef patologii... No cóż - bedę pewnie opowiadać mojemu synkowi,
że to właśnie dzięki Niemu i kilku lekarzom - dr Aduku i dr Pawlinie- żyje i
ma się dobrze. Gorzej, że oprócz znakomitych lekarzy trafiłam tam na Pana
Dyrektora. Gdybyście zetknęły się kiedyś z nazwiskiem "Chazan", wiejcie i to
jak najszybciej.
Dyrektora twarzą w twarz spotkłam dwa razy. Pierwszy raz jeszcze na patologii
ciąży. Wpadł do naszego pokoju (obskurnego i koszmarnie ciasnego), popatrzył
na zasłony i doszedł do wniosku, że są brzydkie. Za nim asystent, potwornie
spanikowany, trajkotał coś na temat naszych rozlicznych dolegliwości.
Dyrektor nadal kontemplował zasłony, a na moje zapytanie, co tu łaściwie
robi, odparł, że jest dyrektorem, a ja jestem trudna. Na łóżku obok leżała
dziewczyna, wijąca się z bólu. Dyrektor (który z niejasnych dla mnie przyczyn
ma tytuł profesora), uznał, że dziewczyna histeryzuje, nic jej nie jest, do
porodu jeszcze mnóstwo czasu i trzeba ją jak najszybciej wypisać do domu.
Asystent próbował coś tłumaczyć, ale widać decyzja Dyrektora jest święta i
nie podlega reklamacjom. Dziewczynę przywieziono jeszcze tej samej nocy, bo
odeszły jej wody płodowe.Na nas uwagi nie zwrócił.
Minęło kilka dni. Doktor Aduku (pozdrawiam Pana bardzo serdecznie), odkrył,
że z KTG syna jest coś nie tak. Złapał mnie na ręce (na szczęście do ciężkich
nie należę) i zatargał na salę operacyjną. Zanim się zorientowałam, było po
wszystkim - doktor Litmanowicz wyciągnął mi z brzucha wrzeszczącą kulkę.
Nawet nie zdążyłam się wystraszyć.
Synka zobaczyła dopiero następnego dnia. Dzień i noc po cesarce spędziłam w
czymś, co szumnie nazywano "salą pooperacyjną." Fajne miejsce - polecam.
Pielęgniarki wzywało się waląc w okno plastikową butelką, bo nikomu nie
wpadło do głowy, żeby przy łóżkach zainstalować dzwonki. Łóżka stały tak
blisko siebie, że nie dało się między nimi przecisnąć. Dowiedziałam się, że
jest właśnie wysyp porodów i tak bywa. Jakoś to przeżyłam i trafiłam na
oddział do mojego synka. Właśnie jadłam dziwaczną, zimną breję o nieustalonej
nazwie i skłedzie chemicznym, kiedy znowu pojawił się Dyrektor. Tym razem
przyszedł do mnie. Zaszczyt spotkał mnie dlatego, że Dyrektor najwyraźniej
nie przepadał za Litmanowiczem, więc uznał, że można mnie do czegoś
wykorzystać. Uświadomił mnie, że mogę na Litmanowicza złożyć skargę, bo: a)
wykonał cesarkę za szybko, b)ponieważ wykonał cesarkę, więc ja będę miała
odtąd... fatalne kontakty z synem i mogę odrzucić moje własne dziecko. Zanim
mnie odblokowało i faceta wylałam na zbitą twarz, opowiedział mi jeszcze
jakieś dyrdymały na temat etyki lekarskiej a nauce kościoła.
Dzisiaj, Panie Dyrektorze, po 15 miesiącach, chcę Panu powiedzieć, że dzięki
lekarzom, którzy w Pańskim szpitalu pracowali (o ile wiem, już ich tam nie
ma) mój synek żyje. Mało nam brakowało. Nie wiem też, co nauka kościoła ma
wspólnego z cesarskim cięciem. To, że w czasach biblijnych cesarek nie
robiono, nie znaczy, że nie powinno się ich robić dzisiaj. Mojego dziecka nie
odrzuciłam. Kocham mojego synka najbardziej na świecie. A co do moich uczuć
ma cesarskie cięcie, nie mam bladego pojęcia.
Pozdrawiam doktora Limanowicza, doktora Pawlinę i doktora Aduku. Dobrze, że
byliście we właściwym miejscu, o właściwym czasie.
Anka