Czy któraś z Was miała lub planuje poród bez męża?
Bo zaczynam odczuwać, że jestem się staroświecka i niemodna

tak wszedzie
lansuje się odcinanie pępowiny przez ojca dziecka itd.
Otóż kiedyś wydawało mi się, że mąż przy porodzie musi być - chyba dlatego
tak się tego trzymałam, bo myślałam - mściwie - że skoro ja się męczę, to on
też musi.
Teraz zmieniłam zdanie. Mąż nieszczególnie się kwapi do towarzyszenia mi przy
porodzie, a i ja się zastanawiam, czy będzie mi potrzebny. W końcu opłacimy
położną, której zadaniem będzie dbać o mnie i być przy mnie. Nie o to chodzi,
że uważam poród za babską sprawę, po prostu przy całym tym nawale nie chcę
ryzykować tego, że oprócz rodzenia i w ogóle, będę się jeszcze martwiła, jak
mój mąż się ma. A on - pewnie będzie zagubiony i nie będzie umiał mi pomóc -
dlatego wolałabym miec przy sobie fachowca w postaci położnej. To też nie o
to chodzi, że będzie mnie widział "brzydko" (bo już mnie nieraz widywał w
różnych sytuacjach) czy że się zrazi do seksu (taka stara teoria). Po prostu
nie sądze, by był mi potrzebny, a jeśli on też nie czuje jakiejś szczególnej
potrzeby - to po co?
Oczywiście nie neguję idei porodów rodzinnych, doskonale rozumiem, ze ludzie
sa różni i różnie mają, i że są faceci i kobiety, którym to pasuje.