maniel
21.04.07, 17:51
Setki dzieci bez miejsc w przedszkolach
Renata Czeladko2007-04-19, ostatnia aktualizacja 2007-04-19 21:35
Jak są bliźniaki, to przyjmować! - zdecydował wiceburmistrz Białołęki, który
sam przegląda odwołania rodziców tych dzieci, które nie dostały się do
przedszkoli. Dziś wszystkie placówki w mieście kończą nabór i setki osób
dowiedzą się, że zostały na lodzie.
Pani Ilona i jej mąż są pracującym małżeństwem z Białołęki. W tym roku ich
trzyletni syn miał pójść do przedszkola. Nie dostał się. Pani Ilona, tak jak
setki innych rodziców, złożyła odwołanie. Do dziś przedszkola miały je
rozpatrzyć i ogłosić decyzje. Pani Ilona nie spodziewa się dobrych wieści. -
Dyrektorka przedszkola bez zażenowania mówiła o tym, że ludzie w odwołaniach
są skłonni wpisać wszystko, byle tylko dostać miejsce. Przypomina im się, że
mają wielodzietną rodzinę, matki okazują się samotne, a dzieci
niepełnosprawne. Takie osoby mają pierwszeństwo. Ja wpisałam prawdę, że
pracuję i nie mam gdzie zostawić dziecka. Teraz tego żałuję, bo dziecko
zwykłych, pracujących rodziców w ogóle nie ma szans na przedszkole - irytuje
się.
Kryteria przyjęć do przedszkoli nie podobają się też Maciejowi Wojtaszce,
ojcu trzyletniego Krzysia z Ursynowa. "Oficjalnie wiadomo: oboje pracujący
rodzice, osoby samodzielnie wychowujące dzieci, osoby i dzieci
niepełnosprawne, dzieci mające skończone trzy lata we wrześniu. Ale na nasze
pytanie, jakie faktycznie kryteria zostały zastosowane wśród największej
grupy dzieci, czyli posiadających zdrowych, pracujących oboje rodziców, pani
dyrektor potrafiła odpowiedzieć: "Ktoś musiał odpaść". Według mnie rekrutacja
powinna być jawna i konieczna jest punktacja, aby było wiadomo, dlaczego
dziecko się nie dostało" - napisał w liście do "Gazety".
W tym roku o 40 tys. 620 miejsc ubiegało się 41 tys. 494 dzieci. Dramaty
rozgrywają się głównie na Białołęce (przedszkolaków jest 3,5 tys., miejsc ok.
1 tys.), Bemowie (3 tys. dzieci, miejsc 2150), Ursynowie (3 tys. miejsc, ok.
5 tys. dzieci) oraz w Ursusie (brakuje 350 miejsc). Nie do pozazdroszczenia
jest sytuacja rodziców mieszkających poza Warszawą, a tu pracujących. Ratusz
zdecydował bowiem, że w pierwszej kolejności będą przyjmowane dzieci z
Warszawy. 1300 maluchów spoza stolicy musi liczyć na to, że ktoś z
przedszkola zrezygnuje.
Jak miasto chce zaradzić temu problemowi? - Otwieramy dodatkowe oddziały, by
przyjąć jak najwięcej dzieci. Na początku tygodnia będziemy znali ich liczbę -
mówi Ewa Krawczyk, zastępca dyrektora biura edukacji.
Monika Beuth-Lutyk, rzecznik prasowy Ursynowa, potwierdza, że właśnie
utworzyli takich sześć. Przedszkola adaptują sale rekreacyjne bądź hole na
sale do zajęć, a placówka przy szkole na ul. Kajakowej wytargowała nawet
zamienienie szkolnej siłowni na salę dla maluchów.
W przyszłym roku miasto chce też zaostrzyć zasady przyjęć: weryfikować
oświadczenia rodziców, np. o samotnym wychowywaniu dzieci, oraz wprowadzić
dodatkowe kryterium - wysokość zarobków. To pomysł wiceburmistrza Białołęki
Andrzeja Opolskiego, który w tym roku sam przeglądał odwołania. Było ich
190. - Mało, bo część rodziców wie, że i tak nie ma szans. Przy odwołaniach
zwracamy uwagę na naprawdę trudną sytuację rodziny - wyjaśnia Opolski.
Niektóre przedszkola na Mokotowie i Ursynowie już sprawdzają rodziców: -
Prosimy o pieczątki zakładów pracy. Kiedyś mieliśmy wątpliwości, czy mama
rzeczywiście pracuje. Zadzwoniliśmy pod wskazany adres i okazało się, że nie
jest tam zatrudniona. Musimy tak robić, bo na Ursynowie miejsce w przedszkolu
jest na wagę złota - mówi Maria Iwaniuk, dyrektorka przedszkola przy
Hirszfelda.