15.07.10, 16:13
Ktoś rodził w szpitalu na Inflanckiej w Warszawie???
Jakie opinie spostrzeżenia.... Warto się zastanawiać nad tym szpitalem??
Obserwuj wątek
    • kasiak37 Re: Inflancka 15.07.10, 17:29
      wyszukiwarka,oto watek jeden z wielu:
      forum.gazeta.pl/forum/w,588,111120845,111120845,Inflancka_wspanialy_porod.html
      • dierra Re: Inflancka - ja krótko 23.07.10, 12:55
        Rodziłam na Inflanckiej 15.07 i tak: sam poród ok, ale i poród miałam lekki. Po
        porodzie zero opieki co w przypadku pierwszego dziecka jest dość istotne.
        Trafiłam akurat w te upału więc było koszmarnie gorąco.
        Sale porodowe małe. Po remoncie mają oddać chyba tylko porodowe a poporodowe
        mają na razie zostać. Lekarze, pielęgniarki różnie - i bardzo mili i bardzo
        niemili. Generalnie moje wrażenie to chaos, bałagan, zamieszanie, brak
        informacji - jeśli chodzi o wszystko co się działo po porodzie, ale i tak nie
        wspominam źle, wiedziałam że nie będe miała luksusów, może dlatego. Aha - i
        strasznie dużo rodzących - ale teraz to chyba wszędzie tak tłoczno
    • pinkyone Re: Inflancka 07.08.10, 12:05
      Minely juz 2 lata i 2 miesiace od narodzin mojej coreczki (ur. w
      2008 r.). Czas leczy rany, a jednak wspomnienie porodu na
      Inflanckiej w Warszawie nadal budzi we mnie zywe, negatywne emocje.
      W szpitalnej gablotce znajduje sie informacja o uczestnictwie w
      akcji 'Rodzic po ludzku', dlatego chce opisac jak to szumne 'po
      ludzku' wyglada w wersji 'po Infalncku' czyli cos z perspektywy
      rodzacej.

      W szpitalu znalazlam sie tydzien przed porodem, juz po tzw.
      terminie z powodu nadcisnienia.
      Zaczne od takiej drobnostki jak wenflon. Oczywiscie bez paniki w tym
      temacie, ale kazdy przyzna, ze zakladanie jego nie jest przyjemne.
      W celu roznych zabiegow zakladano mi go, potem zdejmowano, potem
      tego samego dnia znow zakladano, potem zostawiano i nosilam go np.
      przez 3 dni niepotrzebnie, cackajac sie z nim przy kazdej czynnosci,
      typu mycie i ubieranie.
      Tu oczywiscie pretensji nie wnosze, bo rozumiem, ze w natloku spraw
      i pacjentow tego tematu nie da sie ogarnac. Jednak w rezultacie
      jeszcze przed porodem wiekszosc wygodnych do wklucia sie miejsc byla
      juz, ze tak powiem 'zuzyta'.

      Chcialam rodzic z mezem, wiec oplacilismy (koszt: 500 zl) porod
      rodzinny w prywatnej salce.
      Trafilam na nia z moim trzydniowym wenflonem. Polozna chciala
      podlaczyc do niego oksytocyne. Wyrazilam watpliwosc, czy po tylu
      dniach bedzie jeszcze drozny. Pewna siebie powiedziala: bedzie,
      bedzie (czytaj: co Ty pacjentko/babo wiesz o mojej robocie).
      Po chwili okazalo sie, ze nie dziala i trzeba zalozyc nowy. Po minie
      poloznej zobaczylam, ze nie lubi tego robic lub prawdopodobnie, nie
      jest to jej mocna strona. Dostalam reprymende, za stan moich
      poklutych rak i zaczela sie wkluwac w zyly, znajdujace sie na
      wierzchu moich dloni. Robila to nieudolnie kilkakrotnie, w
      rezultacie szybko tez staly sie 'zuzyte', wiec probowala ponownie w
      swiezo ponakluwanych miejscach, no... szczerze mowiac to juz dosc
      bolalo, ale staralam sie zachowac twarz i nie dac tego po sobie
      poznac.
      W koncu wezwala kogos na pomoc i ufff... udalo sie.

      Szlo mi dosc wolno, mimo przyspieszania procesu oksytocyna czas
      trwania pierwszego okresu porodu wyniosl 9,5 godz. Na szczescie
      otrzymywalam w tym czasie znieczulenie zewnatrzoponowe od bardzo
      milego doktora, ktory zachowywal sie w mojej opinii wzorowo, tzn.
      np. tlumaczyl co bedzie robil i jak mamy wspolpracowac.

      Wreszcie nadszedl czas drugiego okresu porodu, dla
      niewtajemniczonych, etapu kiedy
      mozna zaczac przec. Od tego momentu zaprzestaje sie podawania
      znieczulenia zewnatrzoponowego. Zbieglo sie to ze zmiana poloznych,
      o czym nie zostalam poinformowana. Poprzednia Pani nie raczyla
      powiedziec jednego zdania, ze konczy prace i przejmnie mnie inna
      polozna, czyli jak dla mnie troche nie 'po ludzku' - znowu drobiazg.

      Nowa polozna zaczela energicznie. Wyprosila mnie z mojej prywatnej
      salki. Mezowi kazala zostac na korytarzu (porod rodzinny?) i
      powiedziala, ze zawolamy go na koniec.
      Powinnismy wowczas zaprotestowac, ale w obliczu jej pewnosci siebie
      i naszej niepewnosci w tej sytuacji oboje nie zrobilismy nic.
      Zabrala mnie do pomieszczenia (z mojej perspektywy)
      wielofunkcyjnego. Znajdowaly sie w nim 2 komputery, dlugi rzad
      szafek - cos a la kuchenny zestaw, lodowka i fotel ginekologiczny.
      Dokonalysmy kilku prob parcia, poki mialam jeszcze skurcze parte.
      Potem przestalam je miec. Polozna kazala sie poinformowac, gdy
      zaczne znow je odczuwac. Pozwolono wejsc mojemu mezowi i wyznaczono
      mu miejsce....na lodowce, a polozna udala sie do komputera. Z
      relacji meza wiem, ze przekladala tam jakies karty, nie mylic z
      kartami pacjentow - pasjansik ja pochlonal.

      Niestety zamiast skurczy zaczelam odczuwac (przepraszam za
      fizjologie) potrzebe wymiotowania. Moj maz postaral sie o jakis
      pojemniczek, ktory znalazl w 'kuchennych' szafkach (na marginesie:
      ha! - jednak wszystkie obiekty w pomieszczeniu byly potrzebne,
      lodowka dla meza, komputery dla poloznej, dla mnie fotel
      ginekologiczny i te szafki - musialam je niestety dzielic z osobami
      postronnymi, ktore co jakis czas sie pojawialy i w 'moich' szafkach
      grzebaly). Na tym etapie bylam juz doslownie polprzytomna z bolu.
      Caly czas stalam i nie mialam sie o co oprzec. Miedzy falami bolu,
      udalo mi sie to zakomunikowac mezowi, ktory zaczal organizowac
      jakies miejsce. Padlo na fotel ginekologiczny, ktory nalezalo
      odpowiednio do tego celu przystosowac, pochowac jakies wystajace
      elementy i tu musze oddac honor poloznej: instuowala meza jak ma to
      zrobic (nie wstajac znad komutera).

      Minely kolejne 2 godziny, maz mi asystowal w bolach i wymiotowaniu,
      a polozna siedziala przy komputerze. Ten etap porodu moze trwac
      podobno tylko 2 godziny, wiec polozna udala sie po lekarza. Doktor
      byl dosc konkretny, stwierdzil, ze dziecko jest zle ulozone i nie ma
      mozliwosci urodzenia go naturalnie. Zaproponowal cesarke i zniknal.
      (Nie rozumiem, czemu lekarz nie mogl obejrzec mnie wczesniej?)

      Tu pojawila sie kolejna postac: mloda szczupla lekarka z krotka
      ciemna fryzurka.
      Miala zajac sie papierkowa robota, czyli formalnosciami zwiazanymi z
      cesarskim cieciem.
      W miedzyczasie snula do mnie, jakies bzdurne teorie, ze mam za duze
      dziecko, bo pewnie jadlam w ciazy witaminy. Dodam, ze witamin nie
      jadlam, a dziecko bylo normalnych rozmiarow,
      ale wtedy juz praktycznie nie moglam mowic z bolu.
      Cos tam powypelniala w druczkach (strasznie mi sie to dluzylo)
      poproszono mnie o podpis.
      Zlozylam go, ale okazalo sie, ze to byla karta innej pacjentki.
      Wypelnianie zaczelo sie od nowa, a na koniec dostalam jeszcze
      reprymende za nieczytelny podpis (pewnie trzeba sie bylo podpisac
      'po ludzku', a nie jakies tam bazgroly rodzacej).

      W efekcie na sali operacyjnej zlalazlam sie po kolejnych 45
      minutach. Corka miala juz sine
      wszystkie konczyny, ale poza tym wszystko bylo w porzadku i
      oczywiscie jestem wdzieczna
      blokowi operacyjnemu za dobra robote.
      Na sali pooperacyjnej przyszlo mi spedzic noc. Pani, ktora tam
      pracowala, byla naprawde
      wspaniala i miala serce do tej roboty.

      Potem moje dzieciatko mialo zoltaczke i spedzilam kolejny tydzien w
      tym szpitalu, spotykajac,
      tych po ciemnej i jasnej stronie mocy, ale to juz inna historia...

      Kamila P.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka