ania.gruba
18.06.06, 19:25
i każdy następny poród (jeśli będzie okazja...) tylko tam. Urodziłam 8
czerwca, a tu opisuję swoje wrażenia.
Personel jest rewelacyjny - fachowa opieka , duże zainteresowanie. Oczywiście
zdarzały sie wyjątki, ale trzeba się pogodzić z tym, że czasem ktoś ma gorszy
dzień albo po prostu jest mniej przyjemną osobą. Dobę przed porodem spędziłam
na patologii (planowo, bo cesarka była planowana). Może wizualnie oddział nie
robi najlepszego wrażenia, ale jest czysto i atmosfera jest sympatyczna.
Zwłaszcza, że dookoła szpitala roną przepiękne ogromne drzewa, które
zaglądaja dosłownie w każde okno. Leżałam na sali z trzema dziewczynami i
mimo że każda była tam z jakimś problemem, było naprawdę wesoło.
Opieka mnie powaliła. Pewnie na patologii to normalne, ale ja w szpitalu
ostatnio byłam będąc dzieckiem, więc wyobrażałam sobie koszmar. Tymczasem
zachwyciło mnie to, że 3 razy dziennie podjeżdża do każdej ciężarówki ktg, a
o 12 w nocy przychodzi jeszcze położna, po ciemku rozgrzebuje brzuchaczy z
pościeli i podręcznym aparacikiem bada tętno płodu. Decyzje szybkie, nie
trzeba się prosić czy pytać o badania, nikt nie czuje się opuszczony.
A już zupełnie rozczuliła mnie kobieta, która w dniu porodu obudziła mnie z
uśmiechem na twarzy i czule zaprosiła mnie na "lewatywkę". Do tego
powiedziała, że jak chcę, to mogę chwilke jeszcze poleżeć, ona poczeka.
Lewatywa sama w sobie średnio przyjemna, ale jak sie domyślacie, człowiek
czuje się po tym niezwykle oczyszczony... Polecam, nie ma później
dyskomfortu, że coś się przytrafi.
Moje serce zdobył anestezjolog (mój rówieśnik co do dnia), który dzień przed
porodem przyszedł do mnie, przedstawił się, zrobił stosowny wywiad i
opowiedział mi dokładnie, w jaki sposób będę znieczulana i co sie będzie ze
mną działo.W czasie operacji cały czas siedział przy mojej głowie i
opowiadał, co się dzieje.
Sama operacja to pikuś. Najbardziej bolała mnie dłoń podczas wkłuwania
wenflonu i w zasadzie przez następne 24 godziny była to rzecz, która
najbardziej mi doskwierała. W trakcie nic nie człam, żednego grzebania w
brzuchu, czasem tylko leki ucisk.
Przygotowania trwały kilkanaście minut (podłączanie kroplówek,
ciśnieniomierza, tlenu, znieczulanie), i po kolejnych kilkunastu minutach zza
parawanika, który miałam ustawiony na wysokości piersi wystawiono małą
wrzeszczącą kuleczkę. Strasznie się wtedy poryczałam ze wzruszenia, aż mi
anestezjolog musiał przypomnieć, że muszę oddychać. Niestety nie dostałam
maluszka do przytulenia (byłam cała w kabelkach), obserwowałam tylko, jak był
ważony, mierzony i opatulany w szmatki. Później ktoś podszedł do mnie z moim
dzieckiem, żeby mi je pokazać, mój ulubiony anestezjolog zlecił kategorycznie
przystawienie mi go do twarzy, żebym mogła chociaż pocałować w czółko.
Następnie synek wyjechał w plastikowym wózeczku na korytarz do taty, który
mógł się nim chwilę nacieszyć, a potem zawiózł go na oddział noworodków.
W tym czasie ja byłam szyta. Kiedy wywożono mnie na łózku z sali operacyjnej,
mąż czekał na mnie i odprowadził mnie aż do drzwi sali pooperacyjnej.
Niestety nie na porodówce, bo było pełno, a na patologii. Nie wolno mu było
oczywiście wejść do sali pooperacyjnej, więc zerkał tylko przez drzwi. Potem
zabrał przygotowaną torbę i poszedł z powrotem do noworodków, a tam położne
wybrały z przygotowanych rzeczy wszystko, co im było dla dziecka potrzebne.
Minusem pobytu na sali pooperacyjnej jest to, że nie ma za bardzo możliwości
spotkania z dzieckiem (byłam unieruchomiona od klatki piersiowej w dół,
podłączona do tlenu, ciśnieniomierza, kroplówki i kardiografu, czy jak mu
tam). Poza tym patologia na Starynkiewicza jest piętro wyżej niz porodówka.
Na porodówce był kocioł, więc nie bardzo miał kto przywieźć mi dziecko choćby
na chwilę.
Ale przyszła kolejna zmiana położnych i była bardzo miła kobieta, która
powiedziała, żebym zadzwoniła po męża. Miał wyciągnąć malca i przywieźć go do
mnie. Jak zapytałam, co z zakazem wstępu na salę pooperacyjną,
powiedziała "bez przesady". Po pół godzinie tuliłam swojego pieszczocha, a
mąż to chwilę postał przy moim łóżku, to wymykał sie na korytarz, żeby nie
naduzywać niczyjej cierpliwości. Po kilkunastu minutach odwiózł dziecko z
powrotem.
To było dosyć przykre nie móc być już z upragnionym nowym człowiekiem, ale
uwierzcie mi, to była ostatnia spokojna noc, nawet spokojniejsza od tych z
całej ciaży, bo nie musiałam co chwilę biegać do toalety

. Miałam
podłączony cewnik (instalowanie i usuwanie mało przyjemne, ale jak już jest w
środku, to nic sie nie czuje). Męczące trochę było leżenie w tych wszystkich
kabelkach i samopompującym się co godzine ciśnieniomierzu. Ale do moich zadań
należało jedynie spanie, więc w sumie nia miałam nic przeciwko. Co jakiś czas
zaglądała położna i zmieniała amunicję w kroplówce. Generalnie - spokój.
Rano zostałam umyta i położna kazała mi się podnieść i spróbowac wstać.
Siadanie - do wytrzymania, wstawanie - helikopter... Potem przewieziono mnie
na wózku na salę poporodową. Ja zdecydowałam sie na jednoosobową (200 zł za
noc) i to była najlepsza decyzja w moim życiu. Dziewczyny, jeżeli macie taką
możliwośc, rozważcie taka opcję. Wylądowałam w tej sali o 10 rano i z ulgą
położyłam się do łóżka, mając nadzieję, że jeszcze trochę pośpię (byłam
strasznie zmulona po znieczuleniu i środkach przeciwbólowych, które niestety
powoli przestawały działać). Tymczasem po piętnastu minutach przyszła pani z
wózeczkiem i oznajmiła, że to mój synek i teraz będe się juz nim zajmować.
Synek oczywiście zaczął zaraz płakać, więc musiałam wstać z łóżka. To był
koszmar! Z bólu nie byłam w stanie przyjąć innej pozycji, jak tylko
głębokiego ukłonu. Płakałam z bólu, ale rozumiem, że to taki sposób na
rozruszanie świeżo upieczonych mamuś. Ma to swoje uzasadnienie, rzeczywiście
musiałam zapomnieć o bólu i zacząć chodzić. Na szczęście miałam do dyspozycji
własną łazienkę, nie wyobrażam sobie dreptania w takiej pozycji przez
korytarz, jeszcze z zawrotami głowy, taszcząc kosmetyczkę i ręcznik,
zastanawiając się, czy moje dziecko płacze, mycia sie ekspresowo, bo przecież
mnóstwo kobiet na oddziale, albo czekania w kolejce. Po prostu wstawiłam
sobie malucha do łazienki i zataczając się weszłam pod prysznic.
Poza pokojem jednoosobowym miałam inną opcję - wrócić na patologię - nie
bardzo mi się to uśmiechało, albo wylądować na korytarzu - też niefajnie, z
podanych wyżej powodów.
Mogłam swobodnie przyjmować odwiedziny, mąż mógł sobie siedzieć w wygodnym
fotelu i tulić synka ile chciał.
Miałam przy łóżku telefon, więc kiedy czegoś potrzebowałam, mogłam zadzwonic
po położną.
Jedynym moim problemem (poza bólem) było to, że nie miałam jeszcze pokarmu.
Przychodziły położne i zapewniały mnie, że mam zadatki na całą furę pokarmu,
mały musi mnie tylko ssać, żeby wywołać laktację. Tylko jak on miał ssać,
kiedy był histerycznie głodny, a z cycka nic nie leciało. On nie miał ochoty
na wywoływanie laktacji, tylko na mleko... Więc się denerwował i ja też. I w
rezultacie musiałam go dawac położnym do dokarmienia flaszką. Ta jedyna rzecz
mnie trochę rozczarowała w tym szpitalu, miałam nadzieję, że dokarmiają
strzykawką albo coś. Ale nic to, nieoceniony okazał sie laktator, już w domu
okazało się, że bufet jest pełny i mogliśmy zacząć uczyć się ssać.
No i przy wypisie ze szpitala był mały zgrzyt (wypisano mnie trzy doby po
porodzie), bo pani doktor (siksa jakaś) miała muchy w nosie i nie kwapiła się
przygotować wypisu. Za to położne ponownie okazały się bardzo pomocne i
naciskały jak się dało, żeby sprawę przyspieszyć.
Teraz synek ma 10 dni. Mnie po tygodniu zdjęto szwy, a następnego dnia
poszliśmy na spacer.
Pytajcie, jeśli chciałybyście czegoś jeszcze się dowiedzieć.
Pozdrawiam.