Gość: joska
IP: *.*
09.12.02, 14:15
Wybrałam ten szpital przede wszystkim ze względu na możliwość porodu w immersji wodnej i skorzystania ze znieczulenia zewnątrzoponowego (odpłatnie) bez wcześniejszego umawiania się z lekarzem. Czekał mnie długi i skomplikowany poród z powodu zwężonej miednicy i miednicowego położenia płodu. Moja córcia siedziała w "brzuchu" jak królowa na tronie i żadne ćwiczenia ani czułe słówka nie zmusiły jej do obrócenia się. Umówiłam się z położną (poleconą przez ginekologa i koleżankę), która za odpowiednią opłatą miała się mną zaopiekować.Stwierdziła, że w 60% będę miała CC, a ginekolodzy (pytałam dwóch), że w takich przypadkach jak mój ZAWSZE podejmuje się próbę rodzenia naturalnego (literatura: bezpieczniej jest od razu podjąć decyzję o CC !?!), no i poród taki odbiera lekarz. Mimo to, położna zgodziła się być ze mną. Gdy poczułam pierwsze skórcze (ok. 7 rano) zadzwoniłam do niej. Odesłała mnie do szpitala, bo lekarz będzie bardzej kompetentny. Zdziwiła mnie trochę jej reakcja.Gdy już zdecydowaliśmy się jechać do szpitala(ok. 11) "moja" położna poinformowała mnie, że nie przyjedzie bo ma anginę! Matko kochana, dlaczego nie powiedziała mi o tym od razu?!? Wyobraźcie sobie co czułam w tym momencie. No, ale dalej. Poprosiłam dyżurną położną o salę z wanną, nie zgodziła się tłumacząc, ze przy pośladkowym ułożeniu płodu nie mogę rodzić do wody. To wiedziałam, ale przecież okres rozwierania mogłam przetrwać w wodzie, potwierdził to później lekarz. Upomniana przez lekarza położna nie omieszkała upomnieć mnie. Wybrała po prostu salę wygodniejszą dla siebie, na wprost biurka położnych. Rodziłam w terminie, a przy sobie małam USG z 37 tyg. Mój ginekolog uznał, że nie muszę mieć kolejnego USG, bo w szpitalu i tak przy pośladkowym ułożeniu i zwężonej miednicy zrobią je, aby ocenić wielkość płodu (czy dam radę urodzić). Okazało się, że nie zrobią, bo nie każdy dyżurujący lekarz robi USG, no i przy niedzieli... Pierwszy okres porodu praktycznie spędziłam na piłce (mąż masował krzyż), pod prysznicem (mąż polewał krzyż i brzuch- duża ulga) i sporo chodząc- umożliwienie tego to duży plus dla szpitala. Badało mnie przynajmniej trzech lekarzy- koszmar. Gdy już nie mogłam wytrzymać z bólu, poprosiłam o znieczulenie. Lekarz niemal krzyknął na mnie:"W jakiej sytuacji pani nas stawia! To tylko jeszcze bardziej spowolni ten poród, przy `pośladkach` nie wolno, może pani najwyżej zmienić położników!" Przeraził mnie ten słowotok, gdyż nie miałam pojęcia, że "nie wolno" (mój ginekolog polecał mi znieczulenie) a poza tym powiedziałam tylko "proszę, dajcie mi znieczulenie", niczego nie rządałam! Ostatecznie ordynator zgodził się na dolargan. Poród się przedłużał, mąż zaniepokojony zapytał ordynatora czy to wszystko nie trwa za długo, w odpowiedzi usłyszał "Pan jest chyba śmieszny! To jest poród!". Po chwili przeprosił i przyznał, że niepotrzebnie się uniósł. Niestety nie miałam zbyt miłych położnych.Pierwsza:"Dziewczyno/kobieto, słuchaj/rób co do ciebie mówię". Na drugiej zmianie "przejęła" mnie pani umoralniająca. Co chwilę głosem nie znoszącym sprzeciwu upominała nas, że TO JEST PORÓD, musi boleć, muszę leżeć na plecach (chociaż przez całą ciążę nie mogłam bo od razu robiło mi się słabo)itd.Ani razu nie była dla mnie miła. Nie wiem jak długo miałam skurcze parte, myślałam, że wynicuje mnie całą na zewnątrz a dziecko i tak się nie urodzi. Cały ten "poród" przetrwałam dzięki umiejętności oddychania i skupieniu się wyłącznie na nim (na drugi dzień miałam tak zdarte gardło, że nie mogłam mówić, a wcale nie krzyczałam), bo już nawet mężowy masaż nie pomagał. W każdym razie z powodu braku postępu w porodzie podjęto decyzję o CC. Ordynator był b. miły- "proszę się nie denerwować, jeszcze będzie mogła pani rodzić naturalnie"(!). Stałam nagusieńka przy łóżku operacyjnym, a dwóch gotowych do operacji lekarzy komentowało moją figurę! Anestezjolog kilka razy wbijała się w kręgosłup, podała dwie dawki leku- znieczulenie podpajęczynówkowe nie zadziałało!Zadecydowano o znieczuleniu ogólnym. O godz. 20:45 przyszła na świat moja córeczka w b. dobrej kondycji(10Apgar,3510g,55cm). To moje oddychanie!!! Bardzo żałuję, że zobaczyłam ją dopiero następnego dnia. Strasznie długi ten post a to nie koniec moich doświadczeń ze szpitalem. Wyszłyśmy do domu dopiero w 11 dobie (ze względu na mnie). Ciąg dalszy wkrótce.Pozdrawiam!