pikolakszpak
14.12.06, 17:45
6 grudnia urodziłam moja córeczkę w szpitalu na Ujastku w Krakowie.
O 7.30 rano zaczęły się skurcze, od razu bardzo regularne, co 5 minut. Po
godzinie stwierdziłam, że chyba to nie jest fałszywy alarm i zadzwoniłam do
położnej, która kazała nam być na 11 w szpitalu. Zadzwoniłam po męża, który
zdążył wyjść do pracy ok. 7.20 J, no i zaczęłam się przygotowywać (szybki
prysznic, oststanie rzeczy do torby). Skurcze były na początku niebolesne,
przypominające miesiączkę, ale już ok. 10 zaczęlo mocno boleć. W samochodzie
po prostu wiłam się z bólu na tylnym siedzeniu półleżąc, bo siedziec nie byłam
w stanie. W szpitalu nasza położna już na nas czekała, zaprowadziła mnie od
razu na izbę przyjęć, pani doktor mnie zbadała, stwierdziła 2 cm rozwarcia i
powiedziała, że „po teleekspresie będzie po wszystkim”, co wtedy mnie
przeraziło, bo byłam pewna że nie wytrzymam dłużej nawet godziny J
Połozna zabrała nas do sali przedporodowej, połozyłam się na boku na łóżku –
to była jedyna pozycja w której mogłam wytrzymać. Zrobiła mi lewatywę
(polecam: to tylko chwilka a eliminuje stres przed wypróznieniem podczas
parcia), i z powrotem na łóżko.Wszelkie propozycje chodzenia czy skakania na
piłce wydawały mi się absurdalne, z bólu nie mogłam ruszyć nawet palcem, myśl
o wstaniu i jakiejś aktywności była komplentą abstrakcją.
Ok. 12.30 polożna mnie zbadala i stwierdziła ze jest już 4 cm, i że w takim
razie idzie po panią anestezjolog i dajemy znieczulenie. Sama myśl o tym, że
zaraz przestanie boleć była cudowna. Przyszedl lekarz, stwierdził, że bardzo
szybko idzie akcja i może zrezygnujemy ze znieczulenia, bo to może spowolnić.
Było mi wszystko jedno czy spowolni czy nie, chciałam tylko żeby chociaż
trochę przestało boleć, więc o rezygnacji nie ma mowy. Przyszła anestezjolog,
zaaplikowała mi znieczulenie – to nic nie bolało, przynajmniej w porówaniu z
bólem odczuwanym przy skurczach, które wg. mnie miałam chyba bez przerwy.
Znieczulenie zaczęło szybko działać, i to jest po prostu błogosławieństwo.
Dziewczyny, jeśli wahacie się, czy brać zzo, to powiem, że nie ma się w ogóle
nad czym zastanawiać. Uczucie zanikania tego bólu jest cudowne, i wcale nie
spowolniło akcji. Zresztą badania wewnętrzne na tym etapie są częste, a dzięki
znieczuleniu nie odczuwa się jak są bolesne. Naprawdę polecam. Miałam
normalnie czucie w nogach, po porstu nie odczuwałam bólu.
Po 13 zaczęłam czuc rozpieranie, zaczęło boleć. Kazali mi przejść na salę
porodową. Znieczulenie przestało już działać (nie dodają już żadnej dawki do
parcia). Położyłam się na fotelu – nie miałam absolutnie nic przeciw tej
pozycji, nie byłabym w stanie rodzić w innej, bo nie byłam w stanie utrzymać
się na nogach.
Sama druga faza trwała u mnie niecałe pół godziny, ale ból był potworny.
Myślałam, że po prostu rozrywam się na pół, kompletnie nie wiedziałam co
dzieje się dookoła mnie, przychodził lekarz, inne położne, widziałam to
wszystko przez mgłę, i wyłam. Mój mąż był cały czas przy mnie i trzymał mnie
za rękę, to mi naprawdę pomagało. W pewnym momencie usłyszałam „ale lok!” no i
wtedy wiedziałam, że zaraz będzie po wszystkim, i rzeczywisćie: czułam
okropnie bolesne przeciskanie się główki, a potem jak reszta ciałka wyskakuje,
miałam wrażenie że w sekundę. Ulga nie do opisania. Położyli mi maleństwo na
brzuchu, ale wyskoczyła tak szybko, że mąż nie zdążył nawet podnieść mi
koszuli J Zobaczyłam małe ciałko z szeroko otwartymi oczkami i ciemnowłosą
główką, śliczne. Przytuliłam ją trzęsącymi się rękami, i zaraz zabrali ją do
ważenia, mierzenia, itp.
Urodzenie łożyska to moment, w ogóle nie boli.
Niestety okazało się że pękłam pomimo nacięcia (córeńka była duża), szyli mnie
ponad 40 minut, ale w znieczuleniu, więc nie było to nic strasznego.
No i tyle J O 14.35 nasza maleńka była już na świecie.
Jeśli kogoś interesują szczegóły dot, szpitala, oczywiście opowiem, pytajcie.
Życzę wszystkim szybkich i jak najmniej bolesnych porodów i oczywiście
zdrowych, ślicznych bobasów.
Pozdrawiam!!