Dodaj do ulubionych

Granice Polski

20.03.04, 17:33
Jeżeli przyjąć, że przez cały czas porozbiorowi Polacy nie mogli się pogodzić
z utratą niepodległości i co kilka lat zrywali się do bojów o odrodzenie
wolnej ojczyzny, to zapewne - w granicach przedrozbiorowych. Czy zatem nasza
wolna Polska - pomiędzy Odrą a Bugiem - jest dosłownie taka, o jaką walczyli
nasi pradziadkowie?
Odpowiedź, że chodziłoby im o Polskę w kształcie sprzed 1772 roku jest tylko
pozornie oczywista. Polacy uznali bowiem rozbiory za zbrodnię, która mogła być
naprawiona jedynie przez przywrócenie stanu poprzedniego. Z drugiej jednak
strony nie należy zapominać, że reakcje obywateli Rzeczypospolitej na I
rozbiór nie były dramatyczne, i jak się wydaje dość szybko przystosowano się
do nowej sytuacji. Roman Wapiński w wydanej przed czterema laty świetnej
książce o kształtowaniu się polskiej świadomości narodowej ("Polska i małe
ojczyzny Polaków") zwraca uwagę na trzy przyczyny owej słabości reakcji. Od
ponad pół wieku - powiada autor - interwencja mocarstw ościennych w sprawy
Rzeczypospolitej "była czymś stałym i - dodajmy - nie tak rzadko akceptowanym
nawet przez tych, którzy dążyli do jej wzmocnienia. Wpływom tym towarzyszyła
niemal stała obecność wojsk rosyjskich na terytorium Rzeczypospolitej".

Granice państwowe, wedle określenia autora, falowały, czyli ulegały dość
częstym zmianom. Miało to miejsce szczególnie na wschodzie i nic specjalnie
dramatycznego z tego nie wynikało. Nie było to traktowane jako zagrożenie
Ojczyzny, bo świadomość tego pojęcia istniała tylko w cienkiej warstwie elity
narodu szlacheckiego. Cóż obchodził mazowieckiego czy małopolskiego szlachetkę
bieg wschodniej granicy Rzeczypospolitej, przynależność państwowa Smoleńska
lub Witebska. Jeśli w ogóle wiedział, gdzie te miasta leżą.
"Obszar jakiś - pisał przed prawie pół wiekiem Stanisław Ossowski - staje się
ojczyzną o tyle tylko, o ile istnieje zespół ludzki, który odnosi się doń w
pewien sposób i w pewien sposób kształtuje jego obraz. Wówczas dla tego
zespołu ów szmat rzeczywistości zewnętrznej nabiera swoistych wartości, które
go czynią Ojczyzną".
Zdobycze rosyjskie przyjęte więc zostały dość obojętnie. Inaczej rzecz się
miała w odniesieniu do zdobyczy austriackich i pruskich, które wycinały z
żywego ciała Rzeczypospolitej części województw krakowskiego i
sandomierskiego, województwa pomorskie, malborskie i chełmińskie oraz ziemie
nadnoteckie. Dwudziestolecie pomiędzy I a II rozbiorem (mamy szczęście do
dwudziestoleci w naszej historii) zaktywizowało siły reformatorskie, a
równocześnie pogłębiło nastroje niemożności. Można przypuszczać, że gdyby
Rzeczypospolitej udało się wejść w wiek XIX jako wciąż istniejące państwo, to
by stulecie to przetrwała. O co wówczas Polacy by się bili, bo na pewno nie
przyglądaliby się spokojnie przeobrażeniom europejskim?
II i III rozbiór w jakimś sensie ułatwiły określenie polskiego programu
terytorialnego: odrodzenie Polski w granicach przedrozbiorowych. To było hasło
kolejnych powstań narodowych - coraz bardziej utopijne w miarę, jak budziły
się aspiracje narodowe społeczności zamieszkujących dawne ziemie
Rzeczypospolitej. Kłopot polegał też na tym, że odrodzenie Polski w granicach
przedrozbiorowych wyłączało Śląsk, który, choć dawniej odpadł od Polski, miał
przecież duży odsetek ludności polskiej.
Przez długie lata rozważania o kształcie terytorialnym przyszłej Polski były
pozbawione większego sensu, bo nic nie wskazywało, że w przewidywalnej
przyszłości pojawi się szansa na jej odrodzenie. W warunkach beznadziei
niewoli propozycje zredukowania polskich aspiracji terytorialnych, a tego
musiałaby dotyczyć każda poważna dyskusja, nie mogły być społecznie
zaakceptowane. Mit odrodzenia się wielkiej, mocarstwowej Polski miał duże
znaczenie konsolidacyjne.

Gdyby w początkach XIX w. ktoś opublikował mapę II Rzeczypospolitej jako cel
walki Polaków - niechybnie uznany by został za zdrajcę i sprzedawczyka.
Jeszcze sto lat później Eugeniusz Romer przedstawiał geograficzne uzasadnienia
przyszłej Wielkiej Polski wskazując, że: "są jednak ziemie Polski i znakomicie
spojone naturalnymi drogami dolin rzek, przepływających Polskę. Rzeki owe
płyną do obu polskich mórz. Odra, Wisła, Niemen i Dźwina - do Bałtyku, Dniestr
i Dniepr - do Morza Czarnego. Działy wód między tymi rzekami nie tylko są
bardzo płaskie, ale w dodatku rzeki główne wysyłają naprzeciw siebie
największe dopływy, wiążąc się nawzajem tym sposobem, a wskazując naturalną
drogę najkrótszą i najlepszą, czynią międzymorski pomost Polski doskonałym
obszarem komunikacyjnym. Odra jest trzykrotnie spojona z Wisłą; Noteć wiąże
bowiem Odrę z Wisłą dolną, Ner z Bzurą, więc z Wisłą średnią, wreszcie Warta
górna i Odra górna z Wisłą górną. Prócz silnego spojenia z Odrą łączy się
Wisła z Niemnem za pośrednictwem Narwi i Biebrzy; Bug łączy Wisłę z Prypecią
więc z Dnieprem a San z Dniestrem. Prócz tego łączy się Niemen za
pośrednictwem Niewiaży z dolną Dźwiną, a Dniepr za pośrednictwem Berezyny z
Dźwiną górną, a za pośrednictwem Prypeci nie tylko z Wisłą, ale też i z Niemnem".
Ten typ argumentacji ma wszakże jedną wadę - uzasadnia ona równie dobrze
obszar Wielkiej Polski pomiędzy Odrą a Dźwiną i Dnieprem, jak i obszar
Wielkich Niemiec od Renu po Dźwinę i Dniepr.

Pod koniec XIX w. ziściły się najgorsze obawy kanclerza Bismarcka. W dwa lata
po zdymisjonowaniu go przez cesarza zawarta została francusko-rosyjska
konwencja wojskowa, a po kolejnych dwóch latach - w 1894 r. - sojusz
francusko-rosyjski. Kanclerz Bismarck nie należy do ulubionych przez Polaków
postaci, ale na pewno nie można mu odmówić politycznej wielkości i zdolności
przewidywania. Otóż Bismarck świetnie rozumiał, że polityczne zbliżenie
Francji z Rosją leży w interesie obu tych państw i że stanowi to śmiertelne
niebezpieczeństwo dla europejskiej pozycji Niemiec, które właśnie zjednoczył
był "krwią i żelazem".
Sojusz francusko-rosyjski, do którego później przyłączyły się Wielka Brytania
(Entente Cordiale), i przeciwstawne mu Trójprzymierze (Niemcy, Austro- -Węgry,
Włochy) nie tylko podzieliły Europę na dwa gotujące się do wojny bloki
militarne, ale stworzyły sytuację, w której zaborcy Polski znaleźli się we
wrogich sobie sojuszach. Pojawiła się więc szansa na powrót kwestii polskiej
na dyplomatyczne salony. Przyszła wojna, niezależnie od tego, gdzie by
wybuchła, prędzej czy później toczyć by się musiała na ziemiach polskich.
Wraz z wybuchem Wielkiej Wojny pojawiły się obietnice zaborców wobec Polaków.
Najpiękniej zwracał się do swych słowiańskich braci książę Mikołaj
Mikołajewicz przywołujący tradycję grunwaldzką. Najbardziej wstrzemięźliwie
wypowiadali się Niemcy.
Wszystko to jednak były tylko słowa, bo decyzje w sprawach polskich podejmować
mieli zwycięzcy, a nie wiadomo było, kto będzie zwycięzcą. Czas decyzji
nadszedł pod koniec wojny. Najpierw cesarze Niemiec i Austro-Węgier - z ziem,
jak to określili, wydartych panowaniu rosyjskiemu, a więc tylko z ziem zaboru
rosyjskiego - utworzyli Królestwo Polskie. Następnie przyszła deklaracja
prezydenta Wilsona o tym, że powinna powstać niepodległa Polska, a po obaleniu
caratu przez rewolucję rosyjską nastały dla sprawy polskiej dobre czasy. Poza
skrajnymi pruskimi czy rosyjskimi nacjonalistami nikt już nie negował prawa
Polaków do niepodległego państwa.

Powszechnie natomiast oczekiwano, że Polacy określą swoje aspiracje
terytorialne. O granicach przedrozbiorowych mowy być nie mogło. Rozumiał to
świetnie przebywający w Paryżu Roman Dmowski. W memoriale, który złożył w
końcu marca 1917 r., brytyjskiemu politykowi Arturowi Balfourowi pisał:
"Określić terytorium przyszłego państwa nie można ani na podstawie ściśle
historycznej, ani też czysto lingwistycznej. Odbudowanie Polski w jej
granicach historycznych z roku 1772 nie jest bodaj możliwe dzisiaj i nie
dałoby bardzo silnego państwa".
Dmowski postulował włączenie do przyszłej Polski połowy Śląska Austriackiego
(Cieszyn), Gór
Obserwuj wątek
    • fiiozosia CD: Granice Polski 20.03.04, 17:34
      Powszechnie natomiast oczekiwano, że Polacy określą swoje aspiracje
      terytorialne. O granicach przedrozbiorowych mowy być nie mogło. Rozumiał to
      świetnie przebywający w Paryżu Roman Dmowski. W memoriale, który złożył w końcu
      marca 1917 r., brytyjskiemu politykowi Arturowi Balfourowi pisał: "Określić
      terytorium przyszłego państwa nie można ani na podstawie ściśle historycznej,
      ani też czysto lingwistycznej. Odbudowanie Polski w jej granicach historycznych
      z roku 1772 nie jest bodaj możliwe dzisiaj i nie dałoby bardzo silnego państwa".
      Dmowski postulował włączenie do przyszłej Polski połowy Śląska Austriackiego
      (Cieszyn), Górnego Śląska, Prus Zachodnich z Gdańskiem, południowego pasa Prus
      Wschodnich i oczywiście Poznańskiego oraz Galicji. Natomiast z ziem polskich
      należących do caratu - Królestwa Polskiego wraz z guberniami kowieńską,
      wileńską, grodzieńską, częścią mińskiej i Wołynia. Oznaczało to rezygnację z
      prawie dwóch trzecich zdobyczy rosyjskich w I i II rozbiorze. Takiego kształtu
      terytorialnego Polski nie dawało się uzasadnić bez zastosowania różnych
      kryteriów. Dla części terytorium wprowadzał Dmowski uzasadnienie etnograficzne,
      czyli przewagi żywiołu polskiego. Zasada etnograficzna była ukochanym dzieckiem
      prezydenta Wilsona, ale w naszej części Europy, ze względu na brak wyraźnych
      granic etnograficznych, miała raczej słabe zastosowanie.
      Używał więc Dmowski uzasadnień ekonomicznych (konieczność uzyskania dostępu do
      złóż węgla na Śląsku, dostępu do morza i Gdańska z ujściem Wisły), a również -
      jak byśmy to dziś nazwali - geopolitycznych, w odniesieniu do terenów wschodnich
      zamieszkanych w większości przez ludność niepolską, które postulował włączyć,
      czyli inkorporować do Polski. Stąd zwykło się nazywać program terytorialny
      Dmowskiego programem inkorporacyjnym.

      Jego przeciwstawieniem był program federacyjny nawiązujący bezpośrednio do
      tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Z federacją polsko-litewską, opartą
      oczywiście na nowoczesnych zasadach, powiązane też być miało jakoś niepodległe
      państwo ukraińskie.
      Koncepcja miała ten urok, że pozwalała w miarę bezboleśnie rozwiązać
      skomplikowany problem granicy polsko-litewskiej i polsko-ukraińskiej oraz
      zwiększała siłę Polski. Gorącym jej zwolennikiem był premier Ignacy Paderewski i
      oczywiście najbliższe otoczenie Piłsudskiego. Sam Piłsudski doceniał jej
      pozytywy, ale przede wszystkim był politykiem pragmatycznym. Gdyby do federacji
      doszło, gotów był zgodzić się, by stolicą Litwy było Wilno.
      Życie bowiem wymagało podejmowania decyzji. 28 listopada 1918 r. ukazał się
      dekret Naczelnika Państwa zarządzający powszechne wybory poselskie na dzień 26
      stycznia 1919 r. Dekret zawierał spis okręgów wyborczych, co określało kształt
      terytorialny powstającego państwa. Wymieniał okręgi galicyjskie, w których z
      powodu walk polsko-ukraińskich wybory nie będą się mogły odbyć, a również okręgi
      zaboru pruskiego i Śląska. Stwierdzał też, że do Sejmu Ustawodawczego zostaną
      powołani w porozumieniu z miejscowym społeczeństwem polskim przedstawiciele
      Polaków na Litwie i Rusi. To ostatnie stwierdzenie jest całkowicie niejasne.

      Dla Polaków zamieszkujących pozostawione poza Polską Kresy Wschodnie był to
      szok. Ale i dla tych, którzy znaleźć się mieli w państwie polskim, nie stało ono
      w żadnej proporcji do marzeń o Rzeczypospolitej od Bałtyku do Morza Czarnego i
      od Odry po Dźwinę i Dniepr. Być może dlatego radość z odzyskania niepodległości
      nie była euforyczna. Tym bardziej, że aby zrealizować nawet ten program, trzeba
      było jeszcze przelać morze krwi, a i to zrealizowane zostało nie w pełni.

      Historia lubi paradoksy. Granicę polsko-radziecką ustalono w 1920 r. w czasie
      rokowań pokojowych w Rydze. Delegacji polskiej przewodził wiceminister spraw
      zagranicznych Jan Dębski, który miał bardzo krytyczny stosunek do Piłsudskiego,
      a szczególnie do prób zmuszenia Litwinów do federacji z Polską. Dobrowolnie
      bowiem żaden szanujący się Litwin na to by się nie zgodził.
      Rzekomy bunt gen. Żeligowskiego, który 8 października 1920 r. ruszył na Wilno,
      zajął je i utworzył Litwę Środkową, był podzwonnym koncepcji federacyjnej. Ten
      dziwaczny twór był bowiem pierwszym krokiem do utworzenia trójkantonalnej Litwy
      (Kowieńska, Środkowa i Mińska) sfederowanej z Polską. Aby raz na zawsze taką
      możliwość przekreślić, Dębski, ku całkowitemu zaskoczeniu rosyjskich
      negocjatorów, zrezygnował z proponowanego przez nich Polsce Mińska. Rzecz jest
      mało znana, ale jakiś niewielki pomniczek chyba się Dębskiemu w Mińsku należy.
      Bywa, że o przebiegu granicy decydują i takie przyczyny.
      Gdyby natomiast spojrzeć na mapę Polski w ciągu ostatnich kilkuset lat, to można
      by zaobserwować od końca XVI w. przesuwanie się wschodniej granicy na zachód,
      czyli - innymi słowy - tracenie terytoriów wschodnich. II Rzeczypospolitej udało
      się natomiast odzyskać skrawki dawnych utraconych ziem na zachodzie. Po II
      wojnie światowej granice Polski raz jeszcze, tym razem radykalnie, przesunęły
      się ze wschodu na zachód.
      Owa przesuwalność państwa jest specyfiką polską. Na ogół bowiem państwa
      rozrastają się lub karłowacieją, ale nie zmieniają adresu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka